WIEJSKIE ZYCIE NAD WIELKIMI JEZIORAMI MAZURSKIMI

Puszcza Piska - Binduga Port, jezioro Kaczorajno dalej Sniardwy; to zaledwie 4 km od wioski Karwik

Najlepsze ustawienie monitora 1280 x 1024            Stronę zmodyfikowano: 2009.02.04   







Summary in English  Witryna otrzymała nominację do Finału 133 Konkursu PODIUM dla najlepszych stron WWW Republiki onet, luty 2005 Twoja wizyta jest  

Mapka Wielkich Jezior Mazurskich, czesc srodkowa i polnocna

Przed dwudziestu laty, ja, od pokoleń Warszawianin, wyniosłem się ze Stolicy na wieś i zamieszkałem nad wymarzonymi Wielkimi Jeziorami Mazurskimi i w Puszczy Piskiej. Wspomniałem o tym niedawno, przebywającemu w szpitalu pod Warszawą, gronu osób. Dało to początek lawinie pytań dotyczących motywów przesiedlenia się jak i różnych stron wiejskiego życia w tej Krainie. Dwu z nich, bliskich decyzji by tu się przenieść, poprosiło mnie o kilka rad i wskazówek. W przyszłości chcieliby też liczyć na ewentualną moją pomoc, poczynając od najważniejszego - znalezienia atrakcyjnej działki, zwykle też łodzi z miejscem jej cumowania i kilku przydatnych tu rzeczy.
To zainteresowanie, podobnie jak rozmowy prowadzone przy innych okazjach, zainspirowało mnie do uporządkowania odczuć i doświadczeń własnych jak i bliskich mi "wielkomiejskich nowych osadników". Wydały mi się one na tyle interesujące i potencjalnie pożyteczne, że zmaterializowałem je w postaci poniższej strony internetowej. Przejrzą ją być może uważniej ci, których myśli krążą już wokół Wielkich Jezior Mazurskich i poszukują informacji a także dodatkowego natchnienia do podążenia podobnym tropem. Stronę niniejszą adresuję także do tych z Państwa, którzy podobne przesiedlenie się z miast na zaciszne wioski - również w innych zakątkach Polski a może i poza jej granicami - mają już za sobą i znajdą tu wiele mówiące odnośniki do doświadczeń własnych.
Szczególną radość sprawił mi przesłany - od kogoś kto z różnych względów osiąść tu nie może   e-mail,   że dzięki tej stronie myślami już tu jest i wspólnie z nami po mazursku żyje.

Przedstawienie się to dobry obyczaj twórców stron www. Stronę tą stworzył Andrzej Kłopotowski. A oto kilka kamieni milowych z mego życiowego szlaku. Dzieciństwo trudnych czasów wojny (ucieczka pod bombami z Warszawy aż w okolice Lwowa, ocalające przed Sybirem przedarcie się z powrotem do okupowanej Stolicy, Wola Sławińska pod Lublinem, Ostrowiec Świętokrzyski) i powojennej wędrówki narodów (Słupsk) zakończone powrotem do odbudowującej się ze zniszczeń, rodzinnej Warszawy. Szkoła Batorego - świetni nauczyciele, chwalebne tradycje i duch zachęty do chłonięcia wiedzy ale równocześnie uznania dla wyczynu sportowego. Dalsza nauka to Politechnika Warszawska, a po latach dodatkowe studia na Uniwersytecie Harvard w USA. Wreszcie praca specjalistyczna i kierownicza w zakładach przemysłowych i jednostkach naukowo-badawczych, a także eksperta i dyrektora przedsięwzięć celowych (projektów) ONZ na Dalekim Wschodzie i w Afryce Równikowej. Specjalności moje to inżynier budowy i wytwarzania maszyn i przetwórstwa tworzyw sztucznych, menedżer, konsultant organizacji pracy, sprawności pracy zespołowej i zarządzania. Jeden z pierwszych, wśród Polaków, posiadaczy IBM PC-XT. Odtąd kolejne komputery pomagały mi w pracy, w domu a także obecnie, już na emeryturze.
W młodości sportowiec, wielokrotny reprezentant, rekordzista i mistrz Polski w pływaniu, złoty medalista Uniwersjady w Paryżu i brązowy w Turynie, dwukrotny brązowy medalista Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Moskwie, 7-my w finale Igrzysk Olimpijskich w Rzymie, wędkarz i ...nemrod, który utracił sporo z myśliwskiego zapału na rzecz łowów bezkrwawych. Od zawsze jednak wrażliwy na piękno przyrody turysta (bardzo zadowolony użytkownik leciwego VW T-3 Westfalia Camping w którym przemierzam Mazury i północno-wschodnią Polskę), żeglarz (nie mający słów uznania dla wygody a zwłaszcza dzielności jachtu Venus w czasach sztormów na Śniardwach).
Po epoce krótkich niedzielnych (w soboty przecież pracowaliśmy!) wypadów nad jeziora i spędzania tu urlopów, najpierw motocyklem i w namiocie, dalej w skromnej przyczepce kempingowej, później na żaglówce, przeniosłem się tu w końcu na stałe. Wybrałem umiłowany od dziesięcioleci, rejon przepastnej Puszczy Piskiej i groźnych Śniardw, tym samym wyjątkowo przyjaznych dla pływaka i płetwonurka.























































Osadnicy z dużych miast, o nas, dlaczego tu jesteśmy i co robimy

Zastałem już tu podobnych sobie osadników. Za mną z kolei, częściowo przy mojej inspiracji i sporadycznej pomocy, osiedliło się tu kolejnych kilka rodzin, także wcześniej dobrze z Mazurami zaznajomionych. Od czasu do czasu pojawia się pytanie, co nas wszystkich do tego skłoniło

Jezioro Seksty, widok z Karwika

Tyś jest jezioro moje,
ja jestem twoje słońce,
światłami ciebie stroję,
szczęście moje szumiące.
Trzciny twoje pozłacam.
Odchodzę. I znów wracam.
(K.I. Gałczyński)


Tropy nocnej wizyty 2 jeleni w skalniaku tuz przy naszym domu, gdy oglądałem TV zima 2005-6. Przeskoczyly 1,5 m ogrodzenie

Dzikość Mazur, oto co mnie tu przywiodło [Olek, 21 razy przepłynął trasę z Warszawy, rzekami Narwią i Pisą, do Karwika i z powrotem].
Tu przyroda człowieka przyjmuje w swe objęcia. Nie odrzuca i nie ucieka od niego. Codziennie dzikie leśne zwierzęta i rzadkich gatunków ptaki, z orłem bielikiem na czele, zaznaczają swą obecność tuż wokół nas [Grzegorz, kapitan żeglugi wielkiej - opływa kolejny raz oceany całego świata - z Gdyni; tu od lat spędza urlopy].
A urok mrocznych ostępów puszczańskich, polan i wrzosowisk, starych pomnikowych dębów, sosen masztowych? Osobliwym ukoronowaniem piękna puszcz mazurskich jest niezwykłość głosów natury - rykowisko, dochodzący z bagien klangor żurawi, zwiastujące wiosnę gęganie kluczy dzikich gęsi docierające z daleka i krzyk orła nad lasami. To wszystko mnie tu zwabiło i związało [Wiesiek][Bogdan].











Kry spietrzone wiosna na Sniardwach Tafla wielkiego jeziora wzmacnia tą cudowną scenerię i muzykę i sama bywa źródłem niezwykłych zjawisk. Zimą z niej właśnie dochodzą dźwięki jakby ogromnej harfy uruchamianej pękaniem skuwanego mrozem lodu. U schyłku zimy ogromne płyty lodu spychane wiosennymi wiatrami, wypiętrzają się w niezwykły, pnący się w górę, potężny lodowiec. Te widoki i ta zimowa serenada fascynuje wszystkich osadników [Spiętrzone kry na brzegu Śniardw. Obraz uzyskany z video analogowego, niestety nienadzwyczajny].
Tutaj, będąc inspirowanym przez przyrodę, mogę tworzyć i pracować najlepiej [Rysiek, artysta malarz].
W chacie nad Wielkimi Jeziorami wracam do życia, które pamiętam z dzieciństwa, do rozlicznych drobnych obowiązków i zdrowej aktywności fizycznej; tego pozbawiło nas wygodne, wielkomiejskie życie [Krzysztof, dziennikarz od 7 lat za granicą].



Los przeplywajacy obok naszej lodzi, poranek jezioro Kaczorajno, 2005 rok (fot. J. Zuk) Samotność żeglowania w czas jesieni lub wiosny, gdy cicho podpływając do brzegów zostajemy wchłonięci przez leśne ostępy. Ogromne, groźne jezioro ma się wówczas wyłącznie dla siebie. To chwile niezwykłe.
Podobnie jak wyrwany zimie przed kilku laty, niezapomniany rejs jachtem Venus [Andrzej Wojnar i Krzysztof Zagórski, dwaj ordynatorzy Piskiego Szpitala oraz autor tych słów] w przeddzień Bożego Narodzenia [22-23 grudnia] z nocowaniem na Śniardwach. W mglisty, zimowy dzień początkowo roztapiające się płatki padającego śniegu wraz z tężeniem mrozu zaczęły od pewnego momentu na wodzie osiadać i przemieniać się w elastyczną powłokę na powierzchni jeziora. Jacht nasz - jak lodołamacz - przecinał ją i zawiniętą wtłaczał w głębię. Zjawisko, nastrój i sceneria niezwykła, piękna ale i groźna zarazem. Wciąż przy tym padający śnieg i mgła pozbawiły nas całkowicie widoczności. Tylko więc dzięki trzymaniu się blisko, znanej nam świetnie, linii brzegowej, bacząc nieustannie na groźne i liczne tu kamienie, dotarliśmy do Bindugi Młyńskiej w pobliżu Karwika. Zaraz po tym gdy wyciągnęliśmy łódź, temperatura sięgnęła już - 22 C. Zwykłe więc, przy corocznym slipowaniu łodzi, moje wejście do wody, tego dnia wymagało jednak nieco samozaparcia.
By takie momenty przeżywać, trzeba móc wykorzystywać ulotne, niepowtarzalne chwile. To udać się może tylko żyjącym tu, we wnętrzu puszczy, u brzegów jezior [Andrzej, Krzysztof].



Życie towarzyskie i biesiadne TU biegnie zazwyczaj intensywniej i barwniej niż TAM, w miastach. "Kocham to wiejskie życie!"; mylą się ci, którzy węszą tu nudę [Tadeusz].
Wigilie i Sylwestry urozmaicane marszem z pochodniami, przez dywan śniegu i zamarznięte jezioro docieramy na polanę do płonącego ogniska, nie mają sobie równych. Przy stole, w ciepłym tutejszym domu, padające wezwanie: "na bindugę!" przenosi nas w 5 minut na ulubione miejsca w puszczy nad brzeg jeziora.
"Kierunek Głodowo!" wiedzie nas puszczańską drogą i brzegiem jeziora Śniardwy na smakowite dania w przytulnej agro-turystycznej gospodzie u Mirka i Basi Gworek. A po tych biesiadach, jak odkryło to wielu, "kac na Mazurach trzyma nie dłużej niż do godziny 10-tej rano. A ... spróbuj upić się w Warszawie!" [Olek, Tadeusz].

Bywa jednak i tak, że impulsem przybycia tu stały się sprawy tam. Uciążliwości wielkiego miasta - te rozgrzane betony i asfalty, hałas ulic i gwar podwórek [Zenek].
Stworzenie dobrych warunków do twórczej pracy - tam zbyt wiele telefonów, wizyt i kuszących propozycji, przerywających pracę; na Mazurach staję się panem swojego czasu i mam warunki do pracy w skupieniu [Mietek].

Niepomyślne - jakiś nielojalny partner w interesach, niepowodzenie w pracy, bolesny zawód sprawiony przez osobę najbliższą lub po prostu trudne do zniesienia otoczenie "dość tego warszawskiego burdelu!" Znam człowieka, który w Zagłębiu wskoczył w najbliższy autobus i ... żyje tu od lat.
Dla nich wszystkich piękno Mazur ma moc kojącą, chociaż wtórną.
W Warszawie choruję na grypy czy anginy 3-4 razy w roku. Ostatnia, ciężka grypa powaliła mnie na 3 tygodnie. Tu nie choruję wogóle [Andrzej, 74 latek].
Tam katar trwa 7 dni a leczony tydzień, tutaj 2 dni [Andrzej].
Inny z sąsiadów, ciężko pracujący inżynier elektryk usłyszał od lekarza ratującego go w kolejnym zawale, że "musi zwolnić, zmienić tryb życia a najlepiej wogóle zmienić otoczenie na bardziej spokojne nie tak stresujące" jeśli naprawdę chce żyć. Rzucił pracę i Warszawę  osiadł tu i z powodzeniem rozwinął przydomową hodowlę sadzonek rzadkiej odmiany pomidorów. To - jak sam twierdził - przedłużyło mu życie o wiele lat. 

Bywają też i impulsy pomyślne - na przykład udało się korzystnie wynająć - sprzedać mieszkanie, więc może na Mazury? Tam żyje się przecież dużo taniej!

To odczucia i motywy ludzi których Wielkie Jeziora Mazur już do siebie przyciągnęły. Odbieramy także sygnały zgoła inne, jeziorom nieprzychylne:

"Nie wyobrażam sobie bym mogła zostawić Warszawę. Świat mnie pociąga, lubię żyć wśród ludzi. Nie chcę pucować okien i robić w kwiatkach".
Wielu sądzi - i to jest częste mniemanie części znajomych - że po wakacjach rozpoczyna się okres "nudów na pudy". "Tam ciągle pada a zimy są bardzo surowe".

Takie oto opinie zebrałem. Czy więc w końcu jest to miejsce bliskie raju na ziemi czy może bardziej współczesny Sybir? Jak widać to kwestie zindywidualizowane. Czas więc bym podzielił się swoimi na to zapatrywaniami.

Noc Swietojanska na Sekstach W młodości, ideałem był dla mnie motocykl i namiot - nieskrępowana swoboda, cała Polska na nas czekała! Zakotwiczenie się w jakimś jednym miejscu - domku, nawet w najpiękniejszej okolicy, odbierałem jako nierozsądne.
Teraz myślę i postępuję inaczej, ale ...tylko trochę inaczej. Staram się mianowicie łączyć te dwie przestrzenie.
Wykorzystujemy - niektórzy z nas konsekwentnie i codziennie - to co otoczenie naszej wioski i Kraina Wielkich Jezior mają do zaoferowania, wędkowanie, pływanie jachtem lub łodzią wiosłową, kąpiele, krótkie wyjazdy samochodem na ulubione pagórki i polany, wycieczki rowerem po puszczańskich szlakach, wędrówki piesze.
Od niedawna jednak wioskę mazurską zacząłem traktować także jako wygodny punkt wypadowy do wędrówek w inne nieodległe regiony
Mazur i Polski północno - wschodniej. Żyjąc na Mazurach wystarczy przebyć niewiele kilometrów by dotrzeć tam gdzie przyroda i krajobrazy są szczególnie piękne a także do miejsc znanych z historii i prehistorii. Z zaciekawieniem oglądam także dokonania inżynierii wodnej i militarnej. Odwiedzam wreszcie miejsca, które darzę zadawnionym, głębokim sentymentem - stare parki, dwory i pałace.  






Karwik, keja dla lodzi wedkarskich W okresach letnich Wielkie Jeziora Mazurskie i tereny przyległe, odbierają dowody umiłowania od bardzo wielu. Nawiedzane są tłumnie - 4.000.000 składa tu wizyty rokrocznie. Wodniacy żeglują tysiącami (oszacowano, że pływa 50 tysięczne miasto! 10.000 łodzi po 5 żeglarzy / motorowodniaków na każdej), wędkują, na przybrzeżnych kempingach lub na powierzchni jezior bytują i wypoczywają. Lasy nawiedzają wielokrotnie liczniejsi grzybiarze, miłośnicy krajobrazów i przyrody. Poczem po 2 wakacyjnych miesiącach ... wracają wszyscy do domów a tu, na Mazurach nastaje coś co wielu w myślach określa pustką.
Czy mają rację? Jak wówczas jesienią, zimą i wiosną na wioskach Krainy Wielkich Jezior naprawdę biegnie życie? Czy stanowi atrakcyjną życiową alternatywę? Część ma, jak się wydaje, jednoznacznie przychylny Mazurom pogląd. Rokrocznie na mazurskie wioski przenosi się bowiem na stałe ze stolicy i innych dużych polskich miast, ok 130 rodzin. W marzeniach kolejnych, jest żywa i krzepnie idea ucieczki gdzieś na wieś, chętnie w te okolice, skoro tylko sprawy zawodowe i inne na to pozwolą.



Podobnie bywało i przed laty, choć obiekty marzeń i kierunki przenosin zmieniały się. Przypominam sobie, iż wielką moc kuszącą warszawiaków posiadły kiedyś Bieszczady. To chyba zainspirowało wówczas Marka Hłasko do napisania, później sfilmowanego, opowiadania "Baza ludzi umarłych"; o Bieszczadach też śpiewała niezapomniana Anna German. Już trzeci wiek wabi, także sławnych ludzi, Zakopane i Podhale zakreślone szczytami Tatr, ubarwione wdziękiem i folklorem naszych Górali.

Przyciągają także morze, nizinne rzeki i przestrzenie łąk, różne inne zakątki miłe każdemu z trochę innych, szczególnych powodów.
Moi przyjaciele, polonistka i tuż przed dyplomem prawnik, na ów zew także odpowiedzieli i zakupiwszy górskie gospodarstwo w Karkonoszach blisko Lądka Zdroju, przeżyli najfajniejszą część życia. Dzięki zgłębianiu literatury rolniczej z lekko wyśmiewanych (kochali spać do 8.00 rano!) stali się przodującymi wówczas rolnikami - hodowcami. Z czasem zyskali sympatię i uznanie całej wioski, która przez wiele kadencji, praktycznie dożywotnio wybierała go swoim sołtysem.
Jest więc wiele pięknych stron Polski. Dla mnie jednak miejsce szczególne zajmowały Wielkie Jeziora i od dawna działają jak magnes.

Pionierzy z grona tych nowych osadników zaczęli docierać na mazurskie wioski przy Wielkich Jeziorach prawie równocześnie z w/w powojenną wędrówką ludów. Wspominamy najbardziej znanych wielbicieli tego regionu, którzy sławili piękno jezior i Puszczy Piskiej. To przecież K.I. Gałczyński i przez lata prowadząca Muzeum w Praniu jego córka Kira, Roman Bratny, Bogdan Czeszko, Igor Newerly, Kazimierz Orłoś, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski z Elżbietą Kępińską.
Karwica, stara mazurska chata Wandy i Roberta Inni znani a z tym zakątkiem Mazur związani od lat, wraz z dzielnie sekundującymi im żonami - partnerkami, to: Andrzej Blikle, Eugeniusz Butruk, Państwo Dziewanowscy, Andrzej Jarecki, tragicznie zmarły Danek Kamiński z lubianej Sondy, Michał Komar, Zygmunt Krenc, Olga Lipińska, Państwo Markuszewscy, Jan Pietrzak, Wanda Sobczyńska i jej nieżyjący mąż Robert, tworzący rekreacyjne i towarzyskie centrum Krzyży - Tadeusz Szczupaczkiewicz (artysta rzeźbiarz i malarz) i jego żona Iza, tuż obok ich prekursorzy Państwo Galińscy, Andrzej Tilszer i jego przyjaciel, także lekarz Zbyszek Kwietniak, Sławek Ryster, Krzysztof Wojna, Barbara Wrzesińska. W Karwiku artysta malarz Ryszard Tarkowski i od kilku lat do nas sporadycznie dołączający kolejny z lekarzy, Jacek Węglarz. Sądzę, że i on kiedyś tu na stałe osiądzie. W Niedźwiedzim Rogu plastycy Andrzej i Rafał Strumiłło (teraz na Suwalszczyźnie). Powyższą listę bywalców, Krzyży i Karwicy, pomógł mi uczynić możliwie kompletną Bogdan Ruszkowski, sam bywający tu od dawna, wytrawny żeglarz i budowniczy jachtów. Wszyscy wspomniani "przymieszkiwali" tu odkąd sięgam pamięcią. Niektórzy zrekonstruowali stare lub wznieśli nowe swoje chudoby. Często do Krzyży wpadali także Agnieszka Osiecka i Jerzy Dobrowolski.
Z wieloma z nich los zetknął mnie osobiście. Wciąż oddziaływują ich literackie, materialne i pozamaterialne dokonania, niektóre napisane przez nich "mazurskie" książki, opowiadania i poetyckie strofy, muzyczne utwory czy tylko wypowiedziane ulotnie ale trafiające do serc, słowa, namalowane obrazy, rzeźby a także otoczenia ich domów i rozwiązania wnętrz, ukierunkowane zbiory różnych staroci, wreszcie edukacyjne, kulturowe i materialne wsparcie żyjącej w najbliższym otoczeniu szkolnej młodzieży czy mieszkańców.

... i jej wnętrze Z przyjemnością bywamy w gustownie i z pietyzmem odrestaurowanych starych mazurskich chatach, unowocześnionych z taką rozwagą, która nie tylko chroni stare piękno ale je z wrażliwością i gustem eksponuje. Dał temu najprostszy wyraz łzami wzruszenia i słowami "Boże, jak tu pięknie!" odwiedzający stary dom w Karwicy - mieszkający w nim kiedyś - Mazur, gdy przyjechał tu z Niemiec. Tą chatę przed laty wyremontowali i z zachowaniem ducha oryginału rozbudowali [Fotografie obok], bliscy memu sercu Wanda, moja siostra i jej mąż Robert, artyści plastycy. Znani mi i znający współczesne Mazury Niemcy, chyba bez kokieterii, wymienili ją jako najpiękniejszą ze starych mazurskich chat jakie tu pozostały.
Także małe grono "nie plastyków" i "nie architektów" zawodowych, ale poprostu ludzi wrażliwych, zgromadziło i z pietyzmem zadbało o stare ganki, oryginalne dachówki, żurawie studzienne i pęki ziół wiszących przy starych belkach powały, przy kuchniach czy starych, czasem dyskretnie unowocześnionych (ostatnio wkładem kominkowym) kaflowych piecach.


Napływający nowi osadnicy to nie tylko ludzie przed lub już na emeryturze. Przenosili się tu i znacznie młodsi, w okresie pełni swych sił twórczych, gdy zawodowo mieli jeszcze coś niecoś do zrobienia. Niektórzy dopiero tu naprawdę dojrzewają i udanie samorealizują się.
Podziwiamy na przykład Danusię i Krzysztofa Worobców, właścicieli jakże gustownie urządzonej "Oberży pod Psem" w Kadzidłowie, położonej obok Parku Dzikich Zwierząt. Pozostawili swój Wrocław, później Berlin - tam zagościli bisko 20 lat - dla Mazur. Krzysztof  zdobył szerokie uznanie swymi artystycznymi, tchnącymi niezwykłą wrażliwością fotografiami. Obydwoje ze znawstwem i mozołem zbierali przedmioty używane w dawnych mazurskich chatach, by udostępnić je społeczeństwu w odbudowanym ostatnio skansenie. Ruinę tego skansenu skrzętnie pozbierali, przenieśli i własnym sumptem na nowo z pietyzmem ożywili.
Wojtek i Jagienka Kass to animatorzy kultury umożliwiający nam "Mazurom" jak i przybywającym tu czasowo turystom uczestniczenie w seriach interesujących koncertów i spotkań literackich w Leśniczówce "Pranie" i w innych miejscach. Przyjechali tu z Sopotu. Wojtek - sam wyróżniany prestiżowymi nagrodami poeta młodego pokolenia jest jednocześnie kustoszem Muzeum Gałczyńskiego i jego filii, Muzeum Michała Kajki - mazurskiego poety - w Ogródku. Temu muzeum, podobnie jak i organizowanym tam koncertom i występom przekazał, wraz z żoną Od prawej Danusia, Wojtek - czytajacy swoje strofy, Krzysztof, ja Jagienką, wielką część swego ożywczego dynamizmu i artystycznego smaku. Oboje zyskali - rzecz wcale nie łatwa - przyjaźń wielu sąsiadów do których i my się zaliczamy oraz powszechne uznanie, czego wyrazem stała się ostatnio nagroda "Piskiego Wilka" od władz i samorządów lokalnych, za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury.

Iwona Stegner artystka plastyk i Krzysztof Machowski, prawnik to kolejni osadnicy przybyli z wielkich miast, których tutejsze osiągnięcia zasługują na najwyższe uznanie. W swoim oryginalnym pensjonacie w Jakubowie obok atrakcyjnej oferty dla ceniących naturę gości, najczęściej z Niemiec, Iwona prowadzi plenery przyciągające od lat artystycznie uzdolnionych uczestników. Ich edukacja osadzona w przestronnym, pełnym światła studio i malowniczych plenerach, dokonuje się w jednoczesnej bliskiej więzi z przyrodą, jako że w swoim agroturystycznym gospodarstwie fachową troską otaczają duże stado kóz. Z ich mleka Iwona wytwarza tu doskonałe sery.
Podobnie wyróżnia się Gospodarstwo Agroturystyczne na półwyspie Gąsior nad jeziorem Bełdan. Podwaliny kładł tu Janusz Samorzewski, konstruktor samolotów a kiedyś znany koszykarz Torunia i Warszawy (CWKS Legia). Któregoś dnia porzucił pracę w Instytucie Lotnictwa na Okęciu w Warszawie i osiadł tu, w starej chatce. Dołączyła do niego Irena Samorzewska, także z Torunia, która swym wdziękiem i postawą zjednała tu sobie licznych, wiernych przyjaciół. Wegetowali w tragicznych początkowo warunkach, ale dzięki pracy i wizjonerstwu Ireny, krok za krokiem rozszerzali swoją ofertę turystyczną, zdobywali klientów i umacniali swoje gospodarstwo. Skokowo rozbudowała je ostatnio Irena, przy fachowym, architektonicznym wsparciu Krzysztofa Nasierowskiego (kolejnego nowego osadnika pozostawiającego swą Warszawę). Dobudowana została gustowna jadalnia, pokoje i apartamenty dla gości, stajnia na kilka koni oraz nowoczesne, pro-ekologiczne instalacje. Irena z miejsca też zapewniła funkcjonowanie tego zrekonstruowanego gospodarstwa na wysokim poziomie. Byłem kilkakrotnie świadkiem przekazywania jej wyrazów najwyższego uznania przez bardzo wymagających gości z Niemiec.

Warto zauważyć, że autorzy tych osiągnięć najczęściej dokonywali jednoczesnego, zasadniczego zwrotu zawodowego w swoim życiu.

Przytoczyłem przykłady tylko najbliższych mi ludzi, którzy wykuli sukcesy tutaj, w Puszczy Piskiej i nad Wielkimi Jeziorami.
Znamy także inne liczne przykłady imponujących osiągnięć, jednak nie omawiamy ich na tej stronie, bowiem dokonane zostały w innych częściach Wielkich Jezior, nad Mamrami, Niegocinem i innymi, a więc już poza opisywanym przez nas obszarem.

Zaduszki 2006 na starym mazurskim przydomowym cmentarzyku nad jeziorkiem w Puszczy Piskiej Świadomi przemijania i coraz częstszych rozstań na wieczny czas, z rosnącym zainteresowaniem zaczynamy poszukiwać i poznawać naszych dawnych poprzedników. W tym zwrocie ku historii dotąd sięgaliśmy tylko po okres powojenny. To co było wcześniej, przez lata jawiło się obce, często wrogie. Wykroczenie poza ten przedział czasu i ludzkich losów nie było - przynajmniej dla mnie i mojego, przeżywającego okrucieństwa wojny, pokolenia - od razu łatwe. Później, interesując się już historią Ziemi Mazurskiej przeglądałem jej rozdziały. Jakże przygnębiające zdarzenia i straszne duchy wyłaniały się z kart "Na tropach Smętka" M. Wańkowicza czy "Wilków" - jednego ze znanych niemieckich autorów, Kirsta. Nadawało to mojej postawie dodatkowy, "tutejszy" wymiar.
Pozostał by on jednak jednostronny i niepełny, gdybym stopniowo, krok za krokiem nie poznał także historii wielu tutejszych Mazurów i Niemców, którzy tu podobne dramaty także przeżyli.

Z tym wszystkim co za nami, lub - co jest przywilejem młodszych - zgoła bez podobnych obciążeń, już od szeregu lat coraz więcej związanych z Mazurami ludzi chce poznawać i kultywować najlepsze idee, trud i osiągnięcia wszystkich mieszkańców tych ziem, niezależnie kim byli. Przedział czasu zatraca tu zasadnicze znaczenie. Właśnie w tym duchu, przywołuje się i przybliża, nam Polakom, twórczość i dawne dokonania żyjących tu kiedyś Niemców, Mazurów, Polaków a także nielicznych w Prusach Wschodnich Żydów, i podobnie w Niemczech. Dba o to m. in. w swych działaniach i wydawnictwach Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa "Borussia".

Zaduszki nad zagubionym w Puszczy zolnierskim grobem z 1915 roku Już od lat ja i moi tutejsi przyjaciele, ilekroć w Dzień Zaduszny nie wyjeżdżaliśmy na groby naszych najbliższych, zapalamy świeczki tu, na opuszczonych dawno, porozrzucanych po lasach grobach Mazurów, Niemców lub Rosjan (prawie zupełnie już zapomnianych). Niezwykłe wrażenie robią odnajdywane w środku Puszczy, maleńkie rodzinne cmentarzyki jakie od wieków istniały tuż przy samotnie stojących dawnych siedliskach mazurskich. To najbardziej wymowny hołd składany nieuchronności i zwyczajności przemijania.








początek




Mieszkając na wsi włączamy się, w różnym stopniu, w rytm żyjącej tu od końca wojny społeczności przesiedlonych Polaków a także niewielu Ukraińców i pozostałej garstki Mazurów. Starych mieszkańców Karwika i nowych wielkomiejskich osadników (wioska określa ich w czambuł "warszawiakami"), mimo oczywistych różnic, szybko złączyły różnorodne więzi. To przede wszystkiem naturalne wymiany usługi - zapłaty, bez których osiedlenie się i bytowanie było by tu niemożliwe.
Z częścią stałych mieszkańców zżyliśmy się bardzo, z niektórymi zaprzyjaźnili. Zawdzięczamy im wiele miłych, wspólnych przeżyć podobnie jak wartych przekazu opowieści od nich zasłyszanych. Siłami obu stron ukształtował się też nasz "Karwikowsko-Jańsborski" żargon. I tak:
"Wątpiąca sprawa" - to stan rzeczy trudnych do rozwiązana; któryś z warszawiaków wywalczył sobie tytuł "koksztaplera"; wszyscy przybysze z dużych miast to właśnie "warsiawiaki" choć są tu mieszkańcy Łodzi, Siedlec i innych miast; "lokalesi" to to czym przybyli rewanżują się tutejszym mieszkańcom; "odrobaczenie się" to tęgie, czasem parodniowe, popijanie, z tym, że "robak" to kuna (potrafiła w jedną noc zagryźć 17 kur naszej sąsiadce); "córuchna" lub "synek" to złagodzone formy wzajemnego odnoszenia się dorosłych; nadchodzi "twoje słoneczko" to zbliża się twoja upierdliwa baba; "jeden jęk" to beznadziejny stan spraw; "ino bryms" to zrobić lub załatwić coś od ręki.

Mazur oraz Niemcy i Polacy w barze w Karwiku Spotykamy się na wspólnych grzybobraniach, krótkich wyjazdach, rodzinnych uroczystościach w naszych domach i oczywiście w tutejszym barze. Przed laty zaskoczył mnie panujący w tej i sąsiednich wioskach obyczaj, który nakazuje rdzennym mieszkańcom Karwika - mężczyznom, witać się tylko między sobą. Znajdującym się w tym samym towarzystwie kobietom - wszystko jedno miejscowym czy przyjezdnym - ręki się w ogóle nie podaje a o jej całowaniu nie ma mowy. Obserwuję, że to my, nowi tu osadnicy, zwyczajowi temu stopniowo się podporządkowujemy a nie odwrotnie.
Bar, wraz ze sklepem, prowadzony jest przez pracowitych i pełnych inicjatywy braci Mariusza, Darka i Wojtka Olendrów i ich rodziny [Fotografia ogródka ich Baru]. Są tu, w Karwiku jeszcze inni utalentowani i mający widoczne osiągnięcia nasi sąsiedzi. Z przyjemnością wymienię przynajmniej kilku bliżej mi znanych. Elektronik Wojtek Krupka (marny był by los naszych telewizorów i całego nowoczesnego sprzętu bez jego kompetentnej, bezinteresownej pomocy), elektrycy Sławek Żebrowski i Michał Luberski, stolarze Jan Pawelczyk - to z ojcem Harym nasi pradawni Mazurzy, Henryk i Adam Grabowski, robotnicy leśni-drwale-pilarze bracia Bogdan i Mirek Sobotko, Rysio Paprota, czasem lubiany, często napiętnowany ale zawsze pamiętający o imieninowych kwiatkach dla naszych pań Bronek Piaskowski, "złote rączki" Heniek Muszyński, Andrzej Bursa, Krzysztof Bąkowski i nieco starsza generacja Wysockich. Są tu także wszechstronni pomocnicy, szybki w robocie Antek Ostrowski i pracowity jak mrówka i dokładny jego szwagier a mój najbliższy sąsiad Kazik Piaścik, piekarze Mietek i Grzegorz Paprotowie, kierowcy, strażak - ratownik Andrzej Paprota (swoim przykładem przyciągnął młodzież do małej siłowni i spontanicznie rozwiniętych wielokierunkowych treningów sportowych), ogrodnicy i rolnicy Janek Sobieski z żoną Czesławą, to wzór pracowitości i inicjatywy jednych z ostatnich w wiosce rolników, podobnie Rafał Marcinkowski i jego mama Danusia i babcia Józefa a także znany z różnorodnych inicjatyw i zawsze gotowy do sąsiedzkiej pomocy głowa rodziny Heniek, Stefan i Andrzej Gawkowski, śluzowi Zdzisiek i Władek Puczyłowscy - to historia jezior Mazurskich i w części Augustowskich. Wreszcie pozostający trochę na uboczu a jednak bliscy nam leśnicy Zdzisław Nestorowicz z synem Jackiem z Leśnictwa Leszczyna a także Leszek Piaścik a później Krzysztof Czaporowski z Leśnictwa Orle i jego, kompetentnie mobilizująca fundusze UE dla programów rozwoju Ziemi Piskiej, żona Elżbieta. Puszcza Piska droga nad mokradłem Wiskolisko
To właśnie z grona mieszkających w Karwiku rodzin Grabowskich, Muszyńskich, Olendrów, Paprotów, Wysockich, Zarzeckich wyłaniały się kolejne generacje uzdolnionych cieśli i budowniczych. Najmłodsi z nich na naszych oczach, skromnymi środkami i własną pracą modernizują i udanie odnawiają swoje stare domy, siedliska i ogródki a także budują domy nowe. Odmienia to obraz wioski Karwik.

Jest jedna jeszcze rzecz ważna i powód wyrażenia szczególnego uznania, który chcę, także w imieniu pozostałych "warszawiaków", przekazać kilku tutejszym rodzicom - wychowawcom wyrosłych wśród nas młodych ludzi: Andrzeja Paproty, Rafała Marcinkowskiego i Andrzeja Gawkowskiego a także tych synów wioski, którzy pracę znaleźli w innych częściach Polski, dwu braci (prawnika i oficera) Sobieskich, także synów Stanisława i Jadwigi (wieloletniej nauczycielki tutejszych dzieci) Kosowskich, pracującego w śląskiej kopalni Czarka Żebrowskiego (on sam zbudował tu swój dom), a także Przemka Piaścika - marynarza przemierzającego morza i oceany świata; jego brat i siostry to także przykładni uczniowie i pracownicy.
Młodzież ta wyrastała w regionie najwyższego w Polsce bezrobocia i w otoczeniu w którym część innych talentów rozpływa się przy stołach biesiadnych i w barkach pod chmurką lub grzęźnie w niezbyt chlubnych procederach.
Chłopcy ci a także dziewczęta zdobyli średnie i wyższe wykształcenie, podwyższają je nadal i stali się cenionymi w swych zawodach, pracownikami. Kilkoro podąża podobnym śladem. To cieszy bo dostrzegamy tu ukształtowany depozyt pokoleń - podobnie udane wychowanie dziś już nieco starszej generacji licznych rodzin Krupków i Luberskich. Ogromną rolę odegrały, przez wiele lat samotne, ich matki - dzisiejsze autorytety moralne naszej wioski.






Klub w Karwiku obecnie To możliwa bryła Klubu nawiązująca do tradycji mazurskiej Teraz wspólnie, stali mieszkańcy Karwika i my, nowi wielkomiejscy osadnicy, pracujemy nad ożywieniem naszego wioskowego Klubu, którego działalność - kiedyś ceniona - zamarła przed laty. W najbliższym okresie zrobimy tylko to co niezbędne, głównie wnętrze Klubu.
Z czasem, zapewne, pokusimy się także o nadanie, nieciekawej obecnie, bryle budynku bardziej mazurskiego wyrazu. Klub swoją formą propagował by wówczas wybrane, stare wzory regionalnej architektury, przynajmniej przez wybiórcze odtwarzanie i stosowanie wybranych detali i elementów dekoracyjnych.
To da dodatkową zachętę tutejszym zdolnym cieślom kultywującym, z własnej inicjatywy, mazurskie i/lub do takich zbliżone, formy w budowanych przez nich wiatach, podcieniach czy bramach. Umacniają nas w tych dążeniach, ukazujący piękno architektury regionów, specjaliści [Bogusz W., Wieczorkiewicz W.] i to szkice z ich książek obok zamieszczam.
Dostrzegając jak stare mazurskie chaty stopniowo, w całym naszym regionie, ginęły lub przechodziły zaskakującą "mutację", z narastającym zaciekawieniem a później z fascynacją, obserwowaliśmy ostatnio wyrastający tu, w Karwiku, zupełnie nowy i z nowych materiałów budowany drewniany dom, w konsekwentnie mazurskim stylu. Projektantem tego domu jest chroniący od zapomnienia a także ożywiający na nowo piękno chat i małych dworków mazurskich (także tych z sąsiednich regionów) architekt Piotr Olszak. Czyni to dla właścicieli którym droga jest Polska Drewniana do których w Karwiku należy m. in. Paweł Gliwa. To stylizowane budownictwo staje się swoistym zadośćuczynieniem za pustkę w wiosce Karwik i innych wioskach, w których ostatnie stare mazurskie chałupy (w Karwiku było ich 5) okrył całun sajdingów i fantazyjnych kolorów, nakładanych w trakcie zbyt prosto pojmowanych termo-modernizacji, której elementem jest także wstawianie plastikowych okien.
A nowe? No cóż, jest takie samo jak budownictwo w całej Polsce i chyba Europie, dyktowane przede wszystkim szybkim w tej dziedzinie postępem technicznym.
Może więc pozyskamy tu, w Karwiku kolejnych sojuszników dla zaczętego dzieła przywracania, bodaj w części, lub choćby w akcentach, dawnej architektury Mazur, skoro chronić już nie ma czego.


Wioskowa "burza mózgów" i następująca po niej hierarchizacja pozwoliły wyłonić,
wiosną 2005 roku,
następujące obszary działania naszego Klubu.


Drzwi ludowe mazurskie Brama mazurska może być prostym nawiązaniem do tradycji Czytelnia czasopism, biblioteka
Kącik historii
Warcaby, szachy
Kącik TV satelitarna, wideo / DVD, wieża, radio
Tenis stołowy
Plac / kącik zabaw dla dzieci
Siatkówka a być może i tenis
Koszykówka
"Patefon", wieczorki tańca i piosenki, dyskoteka (rozumnie ograniczająca się)
Uroczystości rodzinne, przyjęcia
Kawiarenka internetowa
Zebrania wioskowe, odczyty-dyskusje, opowieści przy kominku
a także

Spargi zdobiace szczyty mazurskich dachow POBUDZANIE WIOSKOWEJ ZARADNOŚCI - "Nasza wioska naszą szansą":
Informacja i przewodnictwo turystyczne w najbliższej okolicy (dla wędkarzy, kajakarzy, grup rowerowych, pieszych itp.)
Informacja i pośredniczenie, ułatwianie potencjalnym nabywcom wyszukiwania działek / domów / kwater agroturystycznych
Koło Gospodyń Wiejskich / Koło "Facetów" Wiejskich, na przykład:
    Konkursy - degustacje dań kuchni mazurskiej
    Roboty ręczne
    Prace gospodarcze, budowlane, usługowe / produkcyjne
i wreszcie

POMOC WZAJEMNA W SYTUACJACH NADZWYCZAJNYCH
Klub - lokalem zastępczym dla mieszkańców w nagłych potrzebach.

Nasz klub został uroczyście otwarty na początku 2008 roku i choć zostało jeszcze sporo do zrobienia, rozpoczął swą służbę dla mieszkańców wioski.



Plan działań wsi Karwik
w konkursie "CZYSTA I PIĘKNA ZAGRODA - ESTETYCZNA WIEŚ 2006"
Termin: do 7 września 2006
W tym roku wioska nasza zgłosiła swój udział w w/w konkursie. Akcje zbierania śmieci odbywały się i w latach ubiegłych, tym jednak razem prace nasze zakreśliliśmy nieco szerzej. Wyodrębniliśmy działania bardziej złożone (przedsięwzięcia) oraz działania przygotowawcze i pomocnicze (jednak konieczne by skutecznie ruszyć i dojść do celu; to także okazja do poznawania sposobów pobudzania ludzkiej aktywności). Niektóre działania zrealizowane być muszą w dłuższym, niż przedział konkursu, czasie. Kilka - odłożymy niestety na później.

                             Działania
Sprzedaż w wiosce kwiatów i innych roślin ozdobnych
    Utworzenie i ożywienie Zespołu Sterującego Konkursem CZYSTOŚĆ
Pismo o konkursie - apel, doręczenie, rozmowy indywidualne
Zbiórka funduszy na Klub i konkurs - a) skarbonka, b) z listą sponsorów
Mapa "O Czysty Karwik" - zaznaczanie (przez młodzież) ważnych miejsc
    Wyznaczanie realizatorów, przekazywanie / przejmowanie zadań
    Rozruch prac realizatorów - szczegół. diagnoza, plan, środki
Ustawienie kontenerów (także na plastyki i szkło) oraz koszy na śmiecie / obejm na worki -
Klub zewnątrz - remont ..., teren - najważniejsze roboty
   "     urządzenie placu zabaw - zakres podstawowy
   "     wewnątrz kącik zabaw - zakres podstawowy
Boiska - uporządkowanie starych, urządzenie nowych; ożywienie
Przegląd I siedlisk dobrze / mniej zadbanych; zachęcenie
Brzegi strugi i jeziora (kąpieliska, pomosty, trawniki)
Kanał Jegliński - czystość i zagospodarowanie obrzeża

Cmentarz Historyczny w Karwiku, groby w okolicy, (kolejne) uporządkowanie
Zbieranie śmieci akcyjne / stałe,   szosa, drogi, ścieżki, "piaskownica" (gdzie popijane bywa "patykiem pisane" wino),
          zagajniki, pola, łąki, dzikie wysypiska śmieci w i wokół wioski
Zbieranie śmieci stałe,   Do Puszczy - zawsze z torebką na zbieranie śmieci
Naprawy, rozbiórki ogrodzeń
Stop spalaniu szkodliwych odpadków
Zbudowanie wiaty na przystanku PKS
Oznakowania drogi, mazurskich chałup, cmentarza, grobów, śluzy, ...
Parkingi rowerów - sklep; samochodów - obok pomostu, śluzy ...
W konkursach czystości w roku 2006 wioska Karwik zajęła 1 miejsce w Powiecie Piskim i ok. 20 na 76 startujących w Województwie Warmińsko Mazurskim


W dniu 21 września 2007 roku odbył się Wioskowy Festyn "Pożegnanie Lata 2007". To pierwsza taka impreza w naszej wsi.

serwowane napoje swietne flaki i dania z grila uradowani uczestnicy mieszkancy Karwika













Z inicjatywą wystąpili, Darek, nasz radny i Mariusz, sołtys Olendrowie i z pomocą trzeciego z braci Wojtka Olendra, a także licznych mieszkańców a zwłaszcza mieszkanek wioski Karwik, żmudne przygotowania wykonali. Pomoc władz i samorządu lokalnego była przy tym bardzo cenna. Uczestniczyło w licznych zabawach i konkursach ponad 400 osób, nie tylko mieszkańcy wsi Karwik ale i wiosek sąsiednich, Pisza a nawet odległych miejsc w Puszczy Piskiej. Smaczne, proste dania i chłodne napoje były sprawnie serwowane. Szczególną frajdę miały dzieci. Sukces ten zachęci z pewnością do organizowania podobnych imprez w latach następnych.

W sierpniu 2008 znów odbył się podobny Wioskowy Festyn w którym uczestniczyło około 1500 osób. Dzieciarni szczególną radość sprawili strażacy z Pisza z ich ruchomą platformą, pozwalającą oglądać rodzinną wioskę z lotu ptaka. Niestety gwałtowna wichura przerwała radosną zabawę.

początek


Peter i Joanna Ostendorf sprzed lat Jednak na tej stronie - jak to już podkreślałem - koncentrujemy uwagę na tych którzy pojawili się tu później. Należy więc teraz powiedzieć o nowych osadnikach przybywających z wielkich miast, także tych leżących w innych krajach. A więc o cudzoziemcach.

Najpełniej z Karwikiem związał się i znalazł tu przyjaciół Peter Ostendorf, pierwszy z przybywających Niemców [Zdjęcie obok]. Zlokalizował tu, wspólnie z ówczesną polską częścią swojej rodziny i wspólnikami z Niemiec, firmę turystyczną InNatoura, promującą i organizującą turystykę rowerową, udostępniającą pokoje i apartamenty w pensjonacie w Karwiku a także ułatwiającą wynajem wybranych domków w naszej wiosce. Tą drogą nawiązano, ponad granicami, wiele znajomości, część których oparła się próbie czasu a nawet przerodziła się w przyjacielskie więzi.
Z Peterem właśnie zorganizowaliśmy, jakiś czas temu, "Sprzątanie Mazur". Zebraliśmy w wiosce i najbliższej okolicy 46 worków śmieci! Na zakończenie odbyło się w pobliskiej leśniczówce ognisko, z kiełbaskami, piwem dla dorosłych i śpiewami (akordeon i gitara nas wspomagały) oraz lodami, lizakami i oranżadą dla dzieci. Każde z dzieci mogło też przejechać się konno na grzebiecie "Kacpra" - łagodnego jak gołąbek tarpana. Już następnego dnia dzieciarnia pytała mnie: "Proszę Pana a kiedy będzie następne zbieranie śmieci"?
I jeszcze coś. W ostatnich dniach - a jest maj 2006 - w pogwarce w naszym barowym ogródku, jeden z sąsiadów wspomniał pożar który przed laty strawił ich chatę. Wioska przekazała pogorzelcom, do tymczasowego zamieszkania, swój Klub, parę wyrazów współczucia, niektórzy w czymś pomogli i ... wydawało się, że sprawa poszła w zapomnienie (szczególnie gorzko wspomniał obojętność "Warszawiaków"). Tymczasem Peter w krótkim okresie zebrał, od grup przyjeżdżających do ich pensjonatu niemieckich turystów, pokaźną (nie, opowiadający podkreślił, że bardzo pokaźną!) kwotę pieniędzy i wspólnie z Andrzejem Gwiazdeckim (b. teściem Petera) przekazali ją złamanej pożarem rodzinie. To pozwoliło im szybko odbudować dom. Nasz sąsiad miał w oczach łzy, gdy o tym, po latach, opowiedział. Peter przez cały długi okres, naprawdę bliskiej z nami zażyłości, o tym szlachetnym odruchu ludzkiej solidarności nigdy nie wspomniał. No cóż, wprawdzie z opóźnieniem, ale z całego naszego serca, dziękujemy Ci "Peterku" i podobnym Tobie ludziom z Twojego Plemienia.




Haide z Jackiem Weglarzem i mna na rejsie Najbliższą nam się stała Haide Thieniemann z liczną, czarującą rodziną. Bywają wśród nas bardzo często. Spędzali tu nie tylko kilka urlopów, ale Haide, profesor ekologii, rozwinęła współpracę swojej szkoły w Niemczech z podobnymi szkołami na Mazurach. Jej historia rodzinna i miejsce urodzin jej ojca to nieodległe Stare Kiełbonki. Stojący tam do dziś stary dom utrwalił na swym obrazie i kilku szkicach Rysiek Tarkowski. Zawieziony do Niemiec obraz ten stał się wspaniałym, wzruszającym prezentem od córek dla sędziwego ojca.






Christian z corka Karolina, Iwona i ja Do najgłębiej zżytego i najbliższego mi kręgu należy Christian Freischmidt, jego żona Krystyna, córka Karolina a właściwie cała przemiła rodzina. Znaczących, głębokich więzi jakie się między nami zawiązały, ciekawych rozmów, osądów życiowego doświadczenia a wreszcie dowodów życzliwości, nie sposób tu opisać.

Są wśród nas też nieliczni, na powrót przybywający tu Mazurzy. To Dieter i Ingrid Bacewicz oraz jego brat Jerzy z żoną Sylwią. Kiedyś stąd wywędrowali, a po latach znów tu kupili nowe działki (nie te już zajęte, na których się rodzili), zmodernizowali lub zbudowali na nich nowe domy. Teraz wszystkie urlopowe dni spędzają tutaj. Zażyłości ze szkolnych ław z pozostawionymi tu kolegami odnowiły się błyskawicznie same. Nas nowo tu osiadłych wzruszyli tą swoją mazurską miłością, która przełamała ustroje, kalkulacje, rachunki krzywd i uprzedzeń jak też lata przemijającego czasu. Zyskali tu sympatię i przyjaźń niejednego. Świadczą o tym częste, serdeczne rozmowy telefoniczne, wtedy gdy są stąd daleko.



W tej grupie wymienić chcę także Polaków, którzy wiele lat pracując w Niemczech, Szwecji i USA, choć założyli w tamtych krajach rodziny i tam wiedli życie, to przez dziesięciolecia myślami bywali tu i "przymieszkiwali", w Karwiku, Głodowie, Niedźwiedzim Rogu, Szczechach Małych - na ile wolny czas i obowiązki im na to pozwalały. Część z nich już przesiedliła się tu na stałe.

Marion z konmi w Gospodarstwie Gasior Lubianą przez nas wszystkich cudzoziemką jest Marion, zakochana w Mazurach Holenderka, żona Andrzeja Wezdeckiego, który po latach biznesowej działalności w Szwecji zamieszkał na stałe wśród nas. Jego brat Jurek i Jola z Warszawy, przymieszkują tu także i pewnie wkrótce do nas dołączą.
Marion - znawca sztuki użytkowej i dekoratorka wnętrz o wieloletnim doświadczeniu w innych krajach, u nas znalazła naszą rodzimą, szczególną inspirację do urządzenie wnętrza ich tutejszego domu a raczej dworku. To ich także skłoniło do uruchomionego ostatnio przedsięwzięcia rodzinnego - otwartego w Warszawie sklepu a tu, na Mazurach, tuż obok Karwika, warsztatu konserwatorskiego. W sklepie Brocante - tak nazwali swoje przedsięwzięcie (to pozbawiona pretensjonalności, wywodząca się z Włoch, forma antykwariatu), oferują meble i wyposażenie wnętrz dla osób, którym szczególnie drogi jest klimat dawnych polskich dworków i wiejskich chat i chcą go dziś w swoich wnętrzach, przynajmniej w części, odtworzyć. Elementy wnętrz i meble które przekazują klientom dziś, skupowali przez lata. Zwykle oznaczało to ratowanie ich od zagłady, gdy pokryte warstwami kurzu, wyciągnięte ze starych strychów i zakamarków miały ostatecznie zginąć. Przywracają im - dzięki pieczołowitej restauracji - urok i nowe życie. Wszystkie okazy są wykańczane - tak jak to kiedyś czyniono - naturalnym woskiem lub politurą, nadającym im to niepowtarzalne ciepło i urok. Nie znajdzie się w Brocante mebli polakierowanych. Kibicujemy im w tym przedsięwzięciu wszyscy, gorąco.

Godne uznania są nie tylko dokonania materialne osiadłych tu rodaków i cudzoziemców - domy i siedliska wyróżniające się udaną architekturą i troską jaką darzy się rzeczy naprawdę wymarzone, na które przeznaczyło się oszczędności ze żmudnego trudu wielu lat, ale także udzielane przez nich wsparcia dla rożnych inicjatyw społecznych, charytatywnych i wydarzeń kulturalnych.

Na przykład Leszek Łukomski, znany muzyk od lat koncertujący i prowadzący działalność pedagogiczną w Niemczech oraz jego brat Andrzej inżynier, kolejny już raz sprowadzili z Niemiec, Holandii a także z odległych zakątków Polski, zespoły muzyczne podtrzymujące styl tradycyjnego jazzu. Unikalne ich walory odkrył i współkształtował Leszek. Leszkowi i Andrzejowi zawdzięczamy serie koncertów w romantycznej scenerii Głodowa, Szczech Małych i w innych miejscowościach Mazur.

Podobnie do nich niektórzy przymieszkujący tu przez lata cudzoziemcy, noszą się z zamiarem dołączenia tu do nas na dobre. Widać jasno, że kształtujące się przyjazne więzi przebiegają ponad barierami narodowościowymi. Najwidoczniej znane stereotypy niezbyt im szkodzą. Myślę, że tu także kształtuje się naturalne spoiwo jednoczonej, lepszej Europy i w tym wioska nasza ma swój skromny udział. Coś co w widoczny sposób ogranicza i spłyca te międzynarodowe kontakty, to słaba, wśród Polaków, znajomość angielskiego i niemieckiego. Na szczęście niektórzy z cudzoziemców, mówiący zwykle dwoma i więcej językami, poduczyli się dodatkowo i polskiego.

Podsumowując dlaczego my tu jesteśmy, wydaje się że bycie entuzjastą Mazur to pewien fragment procesu, szczególny punkt w cyklu kształtowania się "afektu" mazurskiego. Oczywiście przebiega on w specyficznym i innym otoczeniu każdego z nas w którym dzieją się rzeczy ułatwiające lub utrudniające mazurskie zasiedziny. Miłość do nich nie jest stanem nadanym odrazu i na zawsze. Część z nas odebrała go niemal z mlekiem matki, inni dochodzą do niego sami, szybciej lub wolniej, a jeszcze inni - nigdy. Każdy więc podąża tu sam - my na tej stronie staramy się przybliżyć przesłanki naszych decyzji i realia naszego mazurskiego bytowania.

początek


Wielkie Jeziora Mazurskie - piękno niewpełni odkryte

Wielkie Jeziora Mazurskie upodobałem sobie najbardziej, a jako wodniak uważam je za prawdziwe serce całych Mazur. Za miejsce swego zamieszkania obrałem wioskę oferującą w całej pełni to co najcenniejsze - wody ogromnego jeziora i nieprzebyte lasy. Karwik, bowiem na nim właśnie koncentruję tu uwagę, położony jest nad brzegiem Sekst będących zatoką Śniardw i w największym z polskich lasów - Puszczy Piskiej. Dojazd samochodem z Warszawy zabiera 2,5 do 3 godz, autobusem o godzinę dłużej. Od Pisza dzieli nas odległość 7 km. i jest z nim stała komunikacja autobusowa. Zimą, szosa dojazdowa, podobnie jak główne drogi leśne, są sprawnie odśnieżane. Miasto powiatowe Pisz dostarcza i zapewnia wszystko to co w rożnych sytuacjach życiowych bywa potrzebne.

Jedna z przystani w Karwiku nad Sekstami Jezioro Kaczorajno, Binduga Port prace przy lodzi W lecie okolice Karwika stanowią doskonały, centralny punkt wypadowy do rejsów żeglarskich. Większości mieszkających tutaj żeglarzy Śniardwy z przyległościami w zupełności wystarczą, zaspokajając całkowicie ich żeglarskie ambicje. To największe z polskich jezior i z pewnością najgroźniejsze, ma dla mnie charakter, chciałoby się rzec, odświętny. Inni mówią - niegościnny, gdyż przy jego najeżonych kamieniami brzegach praktycznie nie da się zacumować. Nie czuje się więc tu takiego tłoku łodzi jak na Mikołajskim i Bełdanach, które latem przekształcają się już w istną ulicę Marszałkowską (najruchliwsza ulica w Warszawie). Wielu jednak żeglarzy to ludzie towarzyscy, przeto liczne inne łodzie i zatłoczone keje ich zupełnie nie peszą, ba, pociągają. By więc Wielkie Jeziora Mazurskie w całości żaglówką mogli opłynąć - a jest to ogromny system kanałów, niewielu śluz i jezior - przeznaczyć warto 3 - 4 tygodnie.






Żaglówką przez Jezioro Nidzkie - 'Szafa' z Edytą (zdj L. Kamiński) Płynąc ze Śniardw na południe pozostaniemy w Puszczy Piskiej, przechodząc kolejno jeziora Bełdany, śluzę i jezioro Guziankę wpłyniemy na szczególnie malownicze jezioro Nidzkie. Żeglował po nim do niedawna Jurek Szafrański, dziś już w krainie wiecznych łowów. [Fotografia obok Jurek z Edytą, najwspanialszą swoją partnerką w życiu i podwodnych eskapadach, foto Leszek Kamiński].

"Szafa" (ksywę tą zawdzięczał dodatkowo swojej atletycznej sylwetce) to mój kompan w całej sportowej, później rekreacyjnej, warstwie mego życia. Nagłe odejście Jurka ożywiło w mej pamięci obrazy polskiego pływactwa sprzed pół wieku. Może przywołane dziś wspomnienia z tamtych lat wydobędą, z nieuchronnej smugi zapomnienia, ważny rozdział pływackich tradycji, dzisiaj, gdy dyscyplina ta stała się dumą polskiego sportu. Zainteresują z pewnością wielu czytelników, bo przecież Wielkie Mazurskie Jeziora i dobre pływanie, były i wciąż pozostaną ściśle ze sobą powiązane.






Reprezentacja pływacka Gimnazjum Batorego 1949 Początek mojej z Jurkiem znajomości to okres pływackich treningów i wyczynów a wśród nich coroczne zawody pływaków z 2 męskich gimnazjów Warszawy - Batorego i Reytana. Bywali wśród nich, zwłaszcza w Batorym, już reprezentanci Polski. Jurek Mroczkowski (trzeci ze stojących od prawej) był, wspólnie z Jurkiem Proclem ze Śląska, pierwszymi polskimi pływakami, którzy na 100 m. dowolnym "zeszli" poniżej 1 minuty. Stefan Tomaszewski (czwarty stojący z lewej) - także koszykarz, to jeden z najmłodszych, bo 10 letni, powstaniec Warszawy. Napisał o tym książkę, Zbrojne dzieciństwo. Jurek Chmielewski (siedzący w środku) to równocześnie mistrz Warszawy w skokach narciarskich. Wreszcie ja (drugi stojący z lewej), tu jeszcze niezbyt wysoki. Do 1.91 cm "wystrzeliłem" rosnąc 14 cm w jednym z następnych lat. Znanymi pływakami "Batorszczakami" w skali Polski - Warszawy byli także Andrzej Marasek i Adam Bielawski (siedzący od lewej), Tadeusz Koch (siedzący z prawej), Krzysiek Kołakowski (w białym szaliku), Kazik Michalski i Tadek Śliwiński (stojący i kucający z lewej) a także nieobecni na tym zdjęciu Włodek Breiter, Jurek Jabłoński, Tolek Jera, Andrzej Miłkowski i Staszek Szelichowski.

Za nimi dwaj nasi wspaniali profesorowie WF Zenon Paruszewski i Marian Balcerzak (w garniturach), twórcy sportowej potęgi naszej "Budy" - najlepszej wśród szkół krajowych. Nasza chluba to przed wojną Janusz Kusociński - złoto w biegu na 10 km na Olimpiadzie w Los Angeles w 1932 roku. Po wojnie szkoła nasza znów zasilała reprezentacje Polski i Warszawy - oprócz pływania - też w koszykówce, siatkówce, lekkiej atletyce i innych dyscyplinach. Wśród tych świetnych sportowców, tylko w naszej klasie byli: Maciek Bossak i Janek Krawczyk - lekkoatleci (ok. 11 sek. na setkę będąc równocześnie czołowymi gimnastykami i piłkarzami), w czołówce narciarzy Stolicy - we wspomnianych już skokach - był Andrzej Gryglaszewski, Wojtek Rutkowski reprezentował Polskę w siatkówce a Zbyszek Świątkowski - nasz prymus - doszedł do czołówki wioślarskiej Polski.
Wykraczając na moment poza sukcesy czysto sportowe, to szerzej znanymi z naszej klasy stali się: Janek Bielecki - jego wojenne dzieciństwo to - wiodący m. in. przez Sybir, Iran, Indie - szlak polskich dzieci / zesłańców; Janek przywołuje i przypomina tamte wydarzenia i towarzyszące im szlachetne czyny i postawy ludzi z tamtych lat i z innych okresów naszej historii; także przy jego walnym wsparciu odbył się już XV Światowy Festiwal Poezji Marii Konopnickiej - prababki Janka. Andrzej Dobosz - literat, projektant mody a od lat kierownik Polskiej Księgarni w Paryżu. Janek Kwieciński - po 40 letniej pracy na ważnych stanowiskach w administracji Stanów Zjednoczonych, wraca z Kalifornii do Polski, teraz jako twórca / korespondent Internetowego Radia Warszawa - Hollywood. Zbyszek Rudziński - wybitny kompozytor muzyki współczesnej, profesor Akademii Muzycznej im. F. Chopina. Krzysztof Szmagier - reżyser znanych filmów i seriali. W swoich profesjonalnych środowiskach sukcesy zawodowe odnieśli i uznanie zdobyli praktycznie wszyscy pozostali koledzy z naszej klasy.
"Klopot" - reprodukcja z ksiazki: Pol wieku AZS 1908-1958 Na zawodach pływackich najcenniejszy doping - to okrzyki zachęty naszych sympatii z żeńskiego gimnazjum Żmichowskiej, z których wiele także trenowało pływanie. Ważnymi wydarzeniami bywały wówczas także długodystansowe wyścigi pływackie. Warszawiacy ścigali się na Wiśle (tak, Wisła była wtedy jeszcze czystą rzeką!). Kiedyś Jurek pomógł mi, dając solidarne zmiany, wyprzedzić wszystkich młodzików na trasie najdłuższego z nich (7 km), Wilanów - Warszawa. Wymownym świadectwem klimatu tamtych czasów stały się nagrody rozdane zwycięzcom tego wyścigu w poszczególnych kategoriach wiekowych. Otóż były to dzieła klasyków marksizmu-leninizmu. Ja otrzymałem Kapitał Marksa ze stosowną dedykacją.
Ówcześni pływacy uczestniczyli także w warszawskich wyścigach Między Mostami (raz byłem jego zwycięzcą) oraz Wpław Odrą przez Szczecin.
Szafa należał do Legii. Sparta, mój klub, szczycił się wówczas także największymi sławami lekkoatletyki. Byli to Janusz Sidło, Zbyszek Makomaski, Tomek Hopfer. Na jeden z interdyscyplinarnych, wypoczynkowych obozów w Zakopanem Tomek przywiózł kasetę z najnowszymi piosenkami Paula Anki. Umęczeni biegami po śnieżnych zboczach i gimnastyką leżeliśmy na łóżkach wsłuchując się w przebój "You are my destiny". Powtarzaliśmy to kilkanaście razy dziennie śpiewając razem z nim. Każdy z nas myślami biegł oczywiście do swojego destiny (przeznaczenia). Wyznawaliśmy sobie nawzajem kto takim jest w życiu drugiego. No, może Tomek Hopfer miewał z tym pewne trudności, mając tak ogromne powodzenie u dziewczyn, że wybór nie był dla niego łatwy. Osobisty czar i niezwykły magnetyzm jakim emanował, pozwalały mu pozyskać sympatię nie tylko wielu pięknych kobiet ale często także ich zazdrosnych, dąsających się na początku, partnerów. Jego niezwykłość była zaledwie w marnej części rozpoznawana w telewizji, w której i tak był uwielbianym sportowym prezenterem.
Dla mnie ówczesnym "destiny", była moja pierwsza miłość, niestety przy częściowej tylko wzajemności. Pocieszała mnie - a może w pewnym stopniu także i siebie - bliską jej zawodowo, obrazową analogią medyczną, "wiesz, z pierwszą miłością jest tak jak z syfilisem, zaleczyć go można, ale do końca nigdy wyjść z niego się nie da!".
Do naszej czwórki szybko dołączył kolejny Spartanin - najlepszy nasz skoczek narciarski, Zdzisiek Hryniewiecki ze swoim fajnym poczuciem humoru i tak ciepłym, bezpośrednim podejściem do ludzi. Jego wspaniale zapowiadającą się karierę zakończył wkrótce tragiczny narciarski skok z upadkiem, łamiący mu kręgosłup.
Ja i Jurek studiowaliśmy na sąsiadujących ze sobą wydziałach Politechniki Warszawskiej. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że pracę w przemysłowej dzielnicy Warszawy, otrzymaliśmy także w sąsiadujących ze sobą fabrykach. To był ważny etap w inżynierskim i menedżerskim starcie każdego z nas. Po latach "sąsiadowanie" nasze się skończyło i Jurek popłynął jako oficer mechanik na statku bazie - przetwórni, potężnej kiedyś naszej floty rybackiej. Wkrótce Szafa - jak to uczyniło kilku innych byłych pływaków - stał się jednym z pierwszych w Polsce płetwonurków i instruktorów nurkowania. Dzięki temu nasze zaangażowanie sportowe - już zmodyfikowane i zrelaksowane - udało nam się kontynuować przez dziesiątki lat. Znów zaczęły nas łączyć wspólne urlopy i krótkie wypady by zgłębić, czasem także zimą, toń niejednego mazurskiego jeziora czy rzeki Krutyni.
Niejedna też przygoda łowiecka stała się naszym wspólnym udziałem. Kiedyś, w mroźny poranek polowania na zające, Szafa wpadł z głową do głębokiego, pokrytego słabym lodem, rowu melioracyjnego. Błyskawicznie się wygramolił i ... strzelił 2 zające. O przebraniu się nie chciał nawet słyszeć. Cały dzień chodził w zesztywniałym od mrozu ubraniu, wydając na kilometr dźwięki przypominające chrzęst średniowiecznej zbroi. Zapewniał nas, że mróz i ruch już go zupełnie osuszyły. W rzeczywistości odtajał dopiero wieczorem w samochodzie, gdzie z wciąż nie zdjętego do samej Warszawy ubrania, wyciekł kubeł wody. Jurek nie miał po tym nawet kataru! W młodości grał także - jak wielu pływaków, kompensujących sobie monotonię treningów pływackich - w piłkę wodną i, co było wyjątkowe, w hokeja. Twardzielem został do końca. Odpłynął od nas na zawsze w drodze na Korsykę, na kolejny treningowy obóz płetwonurków, który miał poprowadzić.

W tamtych czasach trenowaliśmy na basenach letnich z nie podgrzewaną jeszcze wodą (pewnego chmurnego i zimnego lata, w zasilanym lodowatą wodą z górskiego strumienia basenie w Niemczy przez tygodnie ocieraliśmy się - niewiele tylko przesadzając - o hibernację!) i jakże nielicznych pływalniach krytych (nawet tych o 12,5 metrach długości!). Letni basen Legii, ściślej otaczający go trawnik i tarasy, był głównym centrum życia towarzyskiego ówczesnej elity intelektualnej Warszawy (inne, konkurencyjne miejsce spotkań to przystań WTW nad Wisłą). Było nam bardzo przyjemnie, gdy z zaciekawieniem obserwowali nasze treningi i dopingowali nas na zawodach (trybuny zawsze były pełne), znani pisarze, aktorzy, dziennikarze, artyści plastycy, prezenterzy telewizyjni, piosenkarze. Znajomości z nimi trwały przez lata. Właściwie każda ulica Warszawy i każda kawiarnia pełna była znajomych. Szkoda, że sport został w późniejszych latach przez takich wspaniałych kibiców szybko osierocony.

Treningi odbywały się co drugi dzień i trwały 1 godzinę, w której przepływaliśmy ok 2,5 km. Wraz z coraz lepszymi osiągnięciami, zwiększały się do codziennych a w końcu mojej kariery nawet 2 razy dziennie. Dożywianie, jak nazywano niewielkie stypendium, rzeczywiście z trudem na takowe wystarczyło. Szkoły mistrzostwa sportowego jeszcze nie istniały a warunki życia były niełatwe. Ja, podobnie jak paru innych sportowców, dojeżdżając na uczelnie i baseny, w tramwajach spędzałem 4 godziny dziennie! To wówczas był sport naprawdę amatorski i w jego fundamentalne zasady, mimo naszej biedy, naprawdę wierzyliśmy i ufaliśmy, że tak będzie ... zawsze. A jednak w tamtych latach dorobiliśmy się przecież rekordu świata na 100 m stylem klasycznym Marka Petrusewicza, mieliśmy liczne sukcesy Godfryda Gremlowskiego (był chudy jak patyk więc nazywaliśmy go Ghandim), Ireny Gryki, medale i finałowe miejsca Mistrzostw Europy, Olimpiady, Uniwersjad, Festiwali Młodzieży i Studentów i liczne sukcesy reprezentacji Polski w spotkaniach z pływakami innych, znaczących w pływaniu, krajów.

Reprezentacja plywacka Polski na Olimpiadzie w Rzymie 1960. Od lewej Klopotowski, Salamon, Lutomski, Tracz, Bastek, Aluchna Jedna jeszcze rzecz uporczywie przychodzi mi na myśl, ilekroć oglądam zamieszczone obok zdjęcie nas, olimpijczyków z Rzymu. Otóż mój stryj - Andrzej (to po nim nadano mi imię), podobnie jak ojciec stojącego obok Andrzeja Salamona (wielokrotnego mistrza i rekordzisty Polski w sprintach w stylu dowolnym) - Władysław, byli dowódcami polskich okrętów podwodnych w czasach II Wojny Światowej - epoce "Wielkich dni małej floty". To zaiste niezwykły depozyt kolejnych pokoleń polskich "wodniaków".

















Mastersi - Andrzej Skwarlo i Staszek Wielebski I oto do depozytu tego nawiązali dziś inni ludzie morza i pływacy - seniorzy Wybrzeża, organizując 5 - 6 września 2008 na pięknej pływalni Marynarki Wojennej na Oksywiu Zawody Gdynia - Masters (Oldbojów). Najstarsza uczestniczka ma 85 lat. Inni mastersi, często także niewiele młodsi, imponowali niezwykłą wprost kondycją. Prawie wszyscy brali udział w kilku, nawet w 4 - 5 różnych biegach w jednym dniu (ściślej popołudniu lub poranku) i to - co szokuje - kończąc je bez wyraźnej zadyszki. Podziwiając ich, a wśród nich moich byłych kolegów z reprezentacji Polski, Ewalda Bastka, Daniela Fecicę (ich żony to także sławne pływaczki tamtego czasu), Andrzeja Skwarło, Wojtka Klukowskiego i innych a także organizatorów tutejszego ruchu Masters i wielokrotnych zwycięzców zawodów, Witosławę Olechnicką i komandora Stanisława Wielebskiego, zastanawiałem się czy naprawdę mogło już upłynąć blisko pół wieku od naszych dawnych wyczynów sportowych. Duch młodzieńczej rywalizacji a przy tym koleżeństwa a właściwie przyjaźni był tu wszechobecny, przenikając przedziały wiekowe (najmłodsi zaledwie przekroczyli 30 lat) i granice państw (byli tu mastersi z Litwy i Rosji - Kaliningradu). Szczególnie wśród mastersów zaimponowali nam niepełnosprawni a zwłaszcza ci, którzy tak jak Armstrong (wielokrotny triumfator Tour de France), pokonali groźną chorobę nowotworową.


mogiła podwodniaka Główny bieg to memoriałowe 100 metrów dowolnym, poświęcone pamięci niedawno zmarłego Andrzeja Salamona. Przypadła mi - jako przyjacielowi "Bobka" i jego partnerowi z reprezentacji Polski, a także Olimpiady w Rzymie, kolejnych Uniwersjad i Festiwali Młodzieży i Studentów - honorowa rola startera tego biegu.

Uroczystość ta zbiegła się z 90 rocznicą utworzenia Polskiej Marynarki Wojennej. Jej dowództwo, a także burmistrz Gdyni mieli swój walny udział w tych uroczystych zawodach.
My, już po ich ukończeniu, zadumaliśmy się chwilę nad tymi, którzy z szeregów marynarki już wcześniej odeszli a których ta rocznica dotyczy w stopniu szczególnym. Złożyliśmy wiązankę kwiatów m. in. na podwodniackim grobie mego stryja na pobliskim marynarskim cmentarzu.











Irena Milnikiel, Ala Kleminska i Marek Petrusewicz Z dumą też wspominamy, że właśnie Polki z Bożeną Cedro, Haliną Dzikówną, Renatą Gryszczykówną i Ireną Milnikiel na czele, uznawano za najpiękniejsze uczestniczki Mistrzostw Europy. Zwłaszcza niezwykłych, pełnych czaru oczu Ireny Milnikiel, mówiących stokroć więcej niż jakiekolwiek słowa, zapomnieć nie da się nigdy. Przyrównując je do legendarnych oczu Marleny Dietrich chciało by się powiedzieć, zapożyczając emfazę z żartu z ówczesnego Teatru Syrena, "kudy jej do oczu naszej Ireny!" (w jednym z satyrycznych przedstawień Alina Janowska, wcielona w postać pewnej młodej szansonistki, porównującej się do Edith Piaf, właśnie tak barwnie się samo określiła; Alina wyszła za "Kajtka" - Wojtka Zabłockiego, mistrza szermierki a później świetnego architekta). Te niezwykłe i piękne trzy kobiety były zresztą do siebie wyraźnie podobne. Na akademii medycznej na której Irena studiowała, powstał nawet klub pełnych uwielbienia jej wiernych kibiców. Przychodzi mi to na myśl dziś, ilekroć urzeka mnie, podobnie jak wielu innych, wdzięk i uroda złotej Otylii czy naszych siatkarek.






Bozena Cedro, Tadeusz Dziegieleski - moj trener i ja Pożegnanie z Jurkiem przywołało pewną ogólniejszą refleksję sprzed lat. Otóż my, sportowcy, podobnie jak śpiewacy operowi, tancerze, artyści aren cyrkowych i parę innych zawodów, umieramy dwa razy i że zwykle czeka nas swoiste "życie po życiu". To pierwsze jest w sporcie szczególnie krótkie. Samo w sobie, nawet jeśli obfitowało w wyczyny niezwykłe, raczej marnie wyposażało wielu z nas na to życie drugie, zawodowe, dużo dłuższe i trudniejsze. Wyzwaniom tego drugiego trzeba także sprostać. No, może od troski tej dzisiaj zwolnione bywają największe gwiazdy sportu.
Pamiętam, że wielu z moich kolegów i koleżanek uprawiając pływanie, poświęcało mu szereg lat nie koniecznie po to by koronować je zwycięstwami najwyższymi, choć myślę, że na dnie duszy, "każdy żołnierz buławę marszałkowską w plecaku nosił". Zadowalali się widocznym rozwojem fizycznym, ładniejszą sylwetką, lepszym zdrowiem a nadto wpojoną determinacją w pracy nad sobą i w dochodzeniu do celu, ceniąc przy tym i budując ducha zespołu. Wszystko to okazywało się pożyteczne po zakończeniu pływania i także dzięki temu odnieśli późniejsze sukcesy zawodowe.
Wielkie w tych procesach uznanie zachowamy na zawsze dla naszych światłych trenerów a raczej wychowawców. To oni przestrzegali nas by wybiegać wyobraźnią wprzód, poza sportowy przedział życia, o naszej przyszłości często z nami rozmawiali i zwracali uwagę na nasze postępy w nauce. W moim i wielu moich kolegów i koleżanek, życiu takim był Tadeusz Dzięgielewski i Zygmunt Wieliński.
Z naszego pływackiego pokolenia - podobnie jak ówczesnych szermierzy, lekkoatletów, siatkarzy, koszykarzy, kajakarzy i mistrzów innych sportów - o swoją przyszłość zawodową wielu zadbać zdołało.







Od lewej Agnieszka Osiecka, Agnieszka Prokop, Aleksandra Byszewska, Alicja Krzcinska. Sztafeta CWKS 4X100 dowolnym 1950 rok Koniecznie wspomnieć tu chcę kolejne urodziwe pływaczki, które po rozstaniu się ze sportem podziwiała - już dzięki sukcesom artystycznym czy aktorskim - cała Polska. To Agnieszka Osiecka [pływackie zdjęcie obok. Legia 1916-1966. Historia, Wspomnienia, Fakty. Warszawa 1966], Ela Czyżewska, Majka Wachowiak, Kira Gałczyńska a w Szczecinie Helena Majdaniec. Także Irek Iredyński wspominał swoje treningi na basenie Polonii. W innych zawodowych dziedzinach, znanymi i cenionymi szybko stali się późniejsi lekarze, inżynierowie, prawnicy, profesorowie wyższych uczelni, menedżerowie, przedsiębiorcy, handlowcy a także dobrze wykwalifikowani i znający swoją robotę brygadziści i wykonawcy. To: Adam Bielawski, Jurek Czyż, Kazio Jankowski, Mietek Kociszewski z bratem, Stefan Kossowski, Andrzej i Grzegorz Kulicki, Magda Lubieniecka, Krzysztof Maisner, Wacek Mieszkowski, Irena Milnikiel, Andrzej Salamon, Tadzio Skośkiewicz, Tomek Smolicz (pilot i kapitan sterujący wielkimi odrzutowcami LOT i czołowy ekspert lotnictwa cywilnego), Krzysztof Strykier, Jacek i Janek Szymanowscy, Jurek Tracz, Boguś Wojciechowski, Ksawery Wróblewski i inni.

Stefan Kossowski, Wojtek Frykowski i jaPływakiem był również Wojtek Frykowski. On i Agnieszka Osiecka to jedno z pływackich małżeństw, niestety krótkotrwałych. Wojtek studiował, chyba bez wielkiego przekonania, włókiennictwo. Błyskotliwie inteligentny - wiele powiedzeń i ciekawych naszych rozmów zachowałem w pamięci ze wspólnych pływackich obozów [zdjęcie]. A oto przytaczany przez niego żart z naukawej nowo-mowy: "Jeśli chodzi o kazualną stronę tego zagadnienia, to jest ona specyficzna w swojej strukturze obiektywnej, a homosapiens zwraca szczególną uwagę na abderyzm zdegenerowanych indywiduałów, wykreślając ją definitywnie z życia społecznego".
Zasłynął jednak raczej z licznych, ekstrawaganckich wyczynów w kręgach Łódzko - Warszawskiej bohemy. Przyjaźnił się z Romanem Polańskim. Po latach, właśnie w jego willi w Stanach, zginął tragicznie, podobnie jak Sharon Tate, żona Romana i wielu innych uczestników tragicznego party. Wojtek jako jedyny stanął do nierównej walki z uzbrojonymi mordercami z "Rodziny Mansona".

Niektórzy z nas to późniejsi trenerzy (choć w sporcie zawsze bywa mniej takich posad niż chętnych). To m. in. Edek Bartkowiak, Edek Boczkaja (mój i Marka Petrusewicza wieloletni rywal), Ala Klemińska, Franek Marchlewski, Jurek Mroczkowski, Wiesiek Pasek, Marian Raczyński, Alojzy Sambala. Myślę, że i oni swoją cegiełkę wnieśli w fundamenty dzisiejszej fali sukcesów polskiego pływania. I to my, ze starej gwardii, cieszymy się najgoręcej z triumfów Otylii, z jej tak szlachetną postawą, a także ze zwycięstw Korzeniowskiego i innych wspaniałych pływaków ostatnich lat. Rozumiemy przy tym lepiej niż ktokolwiek inny, skalę ich wysiłku, poświęceń a także przyszłych zagrożeń.

Niestety nie wszystkim z tamtego pokolenia udało się przeżywać sport tak, by nie zatracić szans na przyszłe, zawodowe już życie. O tym przez długie miesiące rozmawialiśmy z wielkim Markiem Petrusewiczem, moim sportowym rywalem w stylu klasycznym i przyjacielem. Marek był rekordzistą świata, wicemistrzem Europy, zwycięzcą wielu innych zawodów a także kilkakrotnym zwycięzcą plebiscytu na najlepszego sportowca Polski w kolejnych latach. Legendarnym stał się pierwszy basen - 50 m - który Marek przepływał pod wodą, po czym po nawrocie, dodawał do tego następnych 35 m. Gdy płynęliśmy 200 m po kolejnych nawrotach, umykał nam do przodu znów pod wodą. Zabroniono tego, groźnego dla zdrowia, pływania dopiero po Olimpiadzie w Melbourne w 1956 roku.
Pierwsze wielkie sukcesy Marka przyszły, gdy był jeszcze bardzo młody - 17 lat. Stał się sławnym na całą Polskę i wręcz bożyszczem ówczesnego Wrocławia a także wielu wrocławianek (Marka sylwetka i uroda harmonizowała z jego "kresowym", tak drogim ówczesnym Wrocławiakom, wdziękiem), więc szkoła i nauka poszła w kąt. Poniósł go radosny, urzekający dryf, który zawładnął całkowicie jego życiem a który nie mógł przecież trwać wiecznie.
Marek poślubił Halinę Dzikównę i sławne pływackie małżeństwo zamieszkało w Szczecinie. Po pewnym czasie jednak rozwiedli się i Marek powrócił do Wrocławia. Ich córka a później także trenowany przez nią własny syn - wnuk Marka, pływaniu pozostali także wierni. Dziś tego finalistę Mistrzostw Europy w Budapeszcie 2006 podziwia już cała Polska.
Po kolejnych latach, już po wzlotach i burzliwych upadkach życiowych Marka i naszego ze sportem rozstania, Marek znalazł się na jakiś czas w Warszawie. Tu, szczęśliwie serce i bezgraniczne oparcie znalazł w Joannie Rawik. Sławną piosenkarkę i Marka łączyła miłość jeszcze ze szkolnej ławy. Widywaliśmy się z nimi często. Joanna udanie kontynuowała swe pasmo sukcesów estradowych w wielu polskich miastach, budując ich małą stabilizację. Później już, spod jej pióra wychodziły ciekawe felietony i wspomnienia. Wydawało się, że do Marka los się znów uśmiechnął. Niestety ich związek się rozpadł. Choć ta część jego życia nie toczyła się tak jakby chciał, to jednak co rusz znajdował siły i wielki hart ducha w potrzebie. Walcząc heroicznie z chorobą, zaczął na powrót odnosić sukcesy w międzynarodowych zawodach dla niepełnosprawnych. Włączył się też całym sercem w tok wielkich polskich przemian. Gdy ogłoszono stan wojenny, on ciężko już okaleczony kolejnymi amputacjami inwalida, własnym ciałem bronił lokalu tak drogiej mu Wrocławskiej Solidarności.

Slub z Irena w Inowroclawiu Wielu ze wspomnianych tu, wspaniałych sportowców i ludzi, już od nas odeszło. Ale cóż, życie musi toczyć się dalej. Ja, w parę miesięcy po Olimpiadzie w Rzymie, zarzuciłem treningi i z pływaniem wyczynowym rozstałem się na zawsze. Spowodowała to uciążliwa monotonia treningów pływackich (właśnie na to wskazał wielki Thorp, Australijczyk wycofujący się teraz, w szczycie swojej wspaniałej kariery pływackiej) oraz przełomowy rekord świata na 200 m stylem klasycznym, poprawiony wówczas o 10 sek. amerykańskiego żabkarza Cheta Jastremskiego. Ocierając się o stare rekordy świata uznałem, że to granica zbyt już odległa i że jej pokonanie wymagało by nadmiernego znoju i poświęcenia w zbyt wielu dziedzinach.
Pochłonęła mnie więc szybko ciekawa praca w przemyśle i nowa, odmienna skala rywalizacji i życiowych sukcesów, a co najważniejsze ożeniłem się. Irenę, urodziwą Kujawiankę - bywała angażowana jako modelka - poznałem także dzięki pływaniu, na obozie przygotowawczym do Olimpiady. Nie, nie była pływaczką, ale spotykaliśmy się na basenie (pierwszy z podgrzewaną wodą) w Inowrocławiu - Mątwach. Skończyła właśnie polonistykę na Uniwersytecie im. Kopernika w Toruniu. Stała się nie tylko wybranką mego serca, ale i wspaniałą towarzyszką i niezawodnym partnerem na kilkadziesiąt następnych lat. I tak rozpoczęło się moje drugie "życie po życiu", którego ważna część potoczyła się przez dekady nad jeziorem Śniardwy przy Puszczy Piskiej.







początek



Zurawie ciagnace nad Sniardwy, z jachtu na Kanale Wyszka k. Kwiku 2005 (fot. J. Zuk) Płynąc ze Śniardw na północ - przemierzymy jeziora Mikołajskie (to pożegnanie z Puszczą Piską), dalej Tałty i przez mniejsze jeziora i kanały przetniemy Niegocin, Kisajno, Dargin by dotrzeć aż do krystalicznie przejrzystego jeziora Mamry.

Krótki rejs na wschód Śniardw umożliwi wejście na pogrążone w lasach jezioro Tyrkło.
Przez śluzę w Karwiku przechodzi wiele żaglówek, większość jednak mknie z jeziora Roś, by jak najszybciej przejść przez Kanał Jegliński, Seksty, narowiste, czasami niebezpieczne Śniardwy i znaleźć się na innych, osłoniętych i spokojniejszych jeziorach - zatokach. Niektórzy rzucają kotwicę w połowie drogi, przy wyspach Czarciej i Pajęczej, w systematycznie rozbudowywanym, porcie w Niedźwiedzim Rogu lub przy lesistych brzegach Sekst i Kaczorajna.







Z Karwika i jeziora Seksty można także wyruszyć na jeden z najatrakcyjniejszych w Polsce spływów długodystansowych łodziami. Wiedzie on przez Kanał Jegliński, jezioro Roś, rzekami Pisą, Narew, Kanałem Żerańskim i Wisłą do samej Warszawy.
Z Richardem przyjacielem z Anglii, chwila ochlody Ten szlak wodny przemierzył 21 razy jeszcze jeden z nas, nowych tu osadników, Olek Pajączkowski. Pływali Omegą pod której skromnym namiotem spali (zatyczki w uszach były środkiem na komary - bo innych w ówczesnych aptekach jeszcze nie bywało) opierając głowy na drogocennych, w pewnych latach, kanistrach z benzyną. W Warszawie na bomie zawieszali ogromny połeć uwędzonego boczku. Do Karwika dopływało jeszcze kilka jego smakowitych kęsów - zakąska na powitalną kolację. Niestety towarzyszącej tej zakąsce butelki nie zdołali nigdy dowieźć wyżej niż do Nowogrodu, to znaczy 2/3 drogi!

Ten rzeczny szlak był, przed dziesiątkami lat, intensywnie wykorzystywany gdyż, wobec braku przyczep podłodziowych, żaglówki trzeba było przewozić "na pakach" samochodów ciężarowych, a to kosztowało sporo. Ówczesne łodzie żaglowe miały też niewielkie zanurzenie i wymiary, były przy tym lekkie, łatwo więc radzono sobie z mieliznami. Następnie ta droga wodna przez lata zamierała, prawie odchodząc w zapomnienie. Teraz gminy znad rzeki Pisy i Narwi zainicjowały ambitny program ożywienia podobnych rzecznych spływów i rozwoju towarzyszącej bazy turystycznej.

O Wielkich Jeziorach napisano już tomy. Wytrawni żeglarze dzielą się swym doświadczeniem, poradami i wspominkami. O rybach i wędkarzach opowiadają też świetne książki - przewodniki. Nie warto więc tego dublować. Może uda nam się kiedyś opowiedzieć jedynie o wybranych, wyjątkowych naszych przeżyciach na Wielkich Jeziorach, a także o znanych nam tragediach jakie się na nich rozegrały i ofiarnych, niosących pomoc, ludziach.


Kanal Jeglinski, obraz Ryszarda Tarkowskiego Ci z nowych osadników, którym żeglowanie szczególnej przyjemności nie sprawia, w inny sposób obcując z przyrodą, doznają także niezwykłych wrażeń. Niezapomniane są wschody i zachody słońca nad Sekstami, podziwiane z pagórka Leśniczówki Orle [Kierzek]. Każda pora roku i pora dnia tworzy inny koloryt nieba, obłoków, trzcin i ścian lasów przez co "to samo" czyni innym i "zupełnie nowym". Tylko z pewnym przybliżeniem, utrwalić to może w porę zrobiona fotografia lub oko i ręka wrażliwego malarza. [Kanał Jegliński - obraz R. Tarkowskiego].
Obok tych statycznych uroków Puszczy i jezior są jeszcze zjawiska ulotne. To niezapomniane spotkania z przyrodą. Niespotykana, niszczycielska moc wielkiego jeziora, rozpoznawana zazwyczaj w sztormach, ale nade wszystko demonstrowana siłą, pnącego się na kilka metrów w górę wynoszącego przy tym wielotonowe głazy i wyrwane z korzeniami nadbrzeżne drzewa, lodowca, w czasie wiosennego topnienia kry (wspomnieliśmy już o tym na początku).
Wyjątkowe przeżycia stać się mogą udziałem żeglarzy w Noc Świętojańską lub w jedną najbliższych jej nocy, jeśli rzucili kotwicę gdzieś u południowych brzegów Kaczorajna, Sekst (zdjęcie umieściłem wcześniej) a zwłaszcza Śniardw. Jasne przez całą noc północne niebo z purpurowymi obłokami odbija się wówczas jak w zwierciadle w tafli ogromnego jeziora, o ile dopisze nam szczęście i Śniardwy będą tej nocy spokojne.






Wnetrze Puszczy Piskiej obok Jeziora Kaczorajno - jedno z rykowisk jeleni Brzegi południowe jezior Seksty, Kaczorajna i Śniardw porasta największa w kraju Puszcza Piska. Potrzeba zaledwie 5 minut by z Karwika spacerkiem dojść do malowniczych, pełnych grzybów i jagód ostępów. Urok polan, wrzosowisk, sięgających po horyzont ukwieconych łąk i bagien ozdobionych pojedynczymi wielkimi świerkami i brzozami, które wyrwały się przed szeregi ścian okalającego lasu. To tymi właśnie widokami na ogromne jeziora i otwartymi szeroko puszczańskimi wnętrzami Puszcza Piska góruje - w moim mniemaniu - nad pięknymi przecież Puszczą Borecką i Puszczą Romnicką. A w jej zacienionych ostępach - dostojne, pomnikowe dęby i sosny masztowe. Te z puszczy Jańsborskiej (tak przed laty Mazurzy nazywali Piską) słynęły z wysokiej jakości drewna w Niemczech i całej Europie.
Dziś z upodobaniem gniazdują na nich orły bieliki.








Karwik Snopkowska Struga, bobrowe dzielo Z małą tylko przesadą możemy nazwać niezwykłymi nasze spotkania z bytującymi tóż wokół nas dzikimi zwierzętami. Ich bliskość - czasami dosłownie na wyciągnięcie ręki - wyczuwa się nieustannie. Jelenie, sarny czy watahę dzików spotkać można często na spacerze przez Puszczę lub przez nią przejeżdżając. Jelenie, od kilku ostatnich lat, spacerują sobie nocami po alejkach i zagrodach naszej wioski (patrz wcześniejsze zdjęcie ich tropów w moim ogródku). Podobnie przechodząc skrajem wioski późnym wieczorem można natknąć sie na dziki. Rzadziej zobaczyć można łosie (jeden podpłynął do nas na jeziorze Kaczorajno - zdjęcie wcześniej). Przed laty, w mroźny jesienny dzień jadąc przez Puszczę, natknąłem sie nie spodziewanie na ogromnych rozmiarów żubra. Spozierał na przejeżdżający samochód ponuro a z nozdrzy wyrzucał kłęby pary. Okazało się, że był to "Kubuś" - żubroń (żubr skrzyżowany z krową, większy od rasowego żubra) zbiegły z ich eksperymentalnej hodowli w pobliskim Ośrodku PAN w Popielnie. Wcale nie był taki łagodny. Czasowo uśpiony, przewieziony został ostatecznie do rezerwatu w Białowieży i tam, w masywnej zagrodzie, znów go po latach spotkałem (chyba nic tu nie przekręciłem - sprawdzę).







Karwik, Snopkowska Struga, podcieta przez bobry brzoza Bobry, do niedawna ściśle chronione, teraz widywać można w każdym strumieniu i zatoczce. Pokazaliśmy już wiosenne i jesienne przeloty ptaków. Głosy a raczej wiosenna muzyka bagien, szuwarów, lasów i otwartych przestrzeni jezior, tworzą coś, czego gdzie indziej szukać próżno. Potem - i to we wszystkich porach roku - jest ptaków codzienna, tuż przy nas, obecność. Nasze skowronki nadają swoje trele wprost nad naszym tarasem. O poranku budzą nas krzykliwe żurawie, krążące nad nami jastrzębie, rzadziej sokoły i orły. Rywalizują one na tym terytorium z ogromnymi, pięknymi krukami, wrzaskliwymi srokami i siwymi wronami. Nocą, na wiosnę "słowiki spać nie dają" a o innej porze roku z głębi puszczy dochodzą tajemne, przyprawiające o dreszcze, nocne pohukiwania sów. Z radością witamy stale rosnącą liczbę i różnorodność gatunków ptaków śpiewających. Zimą pojawia się tu ich liczna "druga zmiana".










Kuropatwy zimą u progu naszego domu Jakże wzruszający dowód nadzwyczajnego zaufania dawały nam kuropatwy, odwiedzając progi naszego domu na trudnym przednówku. Na wielkim drzewie, tuż obok nas, gniazdo założyły gołębie grzywacze. Im także ludzka obecność nie przeszkadza.
Charakterystyczne, że nasze tu życie wiejskie toczy się w towarzystwie czworonożnych naszych przyjaciół. Psy i zwykle też koty są w prawie każdym domu. W naszym były cztery (2 + 2). Kocio - psie sympatie i animozje, rywalizacja o pozycje w tym mieszanym stadzie (one włączają w to także najbliższych sobie ludzi), ich wzajemna pomoc w wychowywaniu potomstwa (suka Zadra przejmowała od kotki kocięta), wspólna walka z zewnętrznym agresorem (kotka, bez chwili wahania, wskoczyła na grzbiet potężnego rotwajlera atakującego Zadrę - jej zwierzchniczkę i przyjaciółkę), to fascynujące tematy naszych tutejszych opowieści. Część tych zwierząt domowych w Karwiku przygarniamy, gdy inni ludzie (czy to aby właściwe określenie!?) zatrzasnęli za nimi na zawsze drzwi dawnego domu, przywiązali w lesie do drzewa, wyrzucili je z samochodu, lub bez skrupułów poprostu pozostawili tu, w wiosce "wakacyjną zabawkę" własnych dzieci - małych egoistów!
Jakże często ponownie odbudowana wierność i przywiązanie tych zwierząt do nowych rodzin zdumiewa swym natężeniem i rozczula.


Pies Zadra, muchomory i ziola kobiercowe A życie codzienne w naszej wiosce, jak wygląda i czym się różni od życia wielkomiejskiego?
Karwik, podobnie jak kilka wiosek w pobliskiej części Puszczy Piskiej - Niedźwiedzi Róg, maleńkie Głodowo, nieco oddalone Koncewo oraz Wejsuny - wciąż wioskami pozostają. Wraz z niewielu jeszcze innymi wioskami puszczańskimi znad brzegów Wielkich Jezior, stanowią obszary "małowioskowej" agroturystyki i niewielkich pensjonatów.
Dziś każda z wiosek ma z reguły sklepik a przy nim mały bar. W pobliżu zorganizowane zostały kempingi o które coraz lepiej dbają ich dzierżawcy. Przytym Karwik oferując tak wiele, zachowywał w dużym stopniu intymny charakter bliskiej naturze, mazurskiej wioski przesyconej wolnymi przestrzeniami (choć z upływem lat przestrzenie te wypełniają coraz liczniejsze nowe budynki). Przybywający tu latem, i na niektóre święta, goście, to zwykle rodziny i przyjaciele właścicieli domków należących do " przymieszkujących" jak i stałych mieszkańców Karwika. Turyści niezależni wypoczywają w kilku wynajmowanych domkach i w małym pensjonacie w samej wiosce.

Panujący w tych wioskach klimat jest wyraźnie odmienny od atmosfery zurbanizowanych i tłumnie nawiedzanych Mikołajek, Giżycka czy Rucianego. Z ich hotelami, dużymi pensjonatami i ośrodkami wczasowymi stanowią one centra masowej, "uprzemysłowionej" turystyki i typowych dla niej licznych, zwykle hałaśliwych miejsc rozrywki - dyskotek, pabów, muszli estradowych.


Zalozony przez Iwone skalniak przy wiejskim domku w Karwiku Bytowanie nasze tutaj to nade wszystko łatwość realizowania i różnorodność form życia zdrowszego i aktywnego wypoczynku.

Prace wokół domu i w ogrodzie są tu podobne do wykonywanych we wszystkich domkach jednorodzinnych. Różnią się jednak skalą jak i rodzajem roślin. Otóż tutejsze działki są często wyraźnie większe, dochodzą do 2000 a nawet 3500 m2.
Wśród roślin ozdobnych znaczny jest udział roślin nawiązujących do tych jakie występują w pobliskim otoczeniu, na przykład sosny, świerku, klonów, dębów, jałowców, wrzosów. Część działki pozostawia się nie koszoną, by pod drzewami i wśród typowych tu licznych głazów i kamieni, rosnąć mogły - mieniące się barwami prostych kwiatków i szczególną fakturą listków - zioła, trawy, rośliny kobiercowe a także mchy i chwasty. Pod niektórymi drzewami i krzewami [Fotografia] wyrosły czerwone muchomory - samosiejki. Myślę, że widoku tego nikt nie nazwał by kiczem. Mamy także grzyby jadalne.
Z reguły obok ogródka ozdobnego jest tu kilka drzewek i krzewów owocowych a także warzywnik. Jego uprawa pochłania sporo czasu i energii. Nie tylko wymusza zdrową aktywność fizyczną, ale jednocześnie w znacznym stopniu zaspokaja zapotrzebowanie domu na owoce i warzywa. To oczywiście żywność zdrowa, nie podsypywana nawozami sztucznymi.
Na szczególne uznanie zasługują ogródki nowych w Karwiku osadniczek - Iwony Trybusiewicz i Kasi Kozajda a od niedawna także niewielka lecz z wielkim zapałem upiększana działka Jaśki i Zenka Szczuniewskich (choć przez lata, zgodnie ze swą poprzednią filozofią, utrzymywali tu ugór) oraz duży ogród Beaty i Janusza Szczękulskich, którzy tu przymieszkują. Stały się one naturalną inspiracją dla innych sąsiadów. Zresztą w Karwiku dokonał się prawdziwy przełom w tej dziedzinie. Jeszcze kilka lat temu zadbane ogródki podziwiać można było tylko przy domkach Państwa Gotowiczów i Krajewskich. Dziś są już przy wielu domach w wiosce, także w zagrodach stałych jej mieszkańców. Zjawisko to obserwujemy we wszystkich sąsiednich wioskach i myślę, że dziś już w całej Polsce.

Wycieczka rowerowa przez Puszcze Piska, okolice Karwika Karwik to również doskonałe miejsce startu dla rowerzystów. Stąd od wiosny do jesieni, ich grupy przemierzają atrakcyjne szlaki rowerowe. Jak już wspominaliśmy wcześniej, spopularyzowanie u nas tej formy wypoczynku zawdzięczamy, w dużym stopniu, Peterowi Ostendorf i jego organizacji "In naTOURa". Dzięki temu wielu Niemców, głównie młodych, poznaje te strony.
Teraz turystyczne rajdy rowerowe przyciągają równie wielu Polaków, a polskie organizacje turystyczne zajmujące się ich prowadzeniem stały się silną konkurencją. Jazda na rowerze to forma rekreacji, która nabrała dużego znaczenia. Liczne przewodniki ułatwiają bardziej planowe korzystanie z rowerów i poznawanie szczególnie atrakcyjnych terenów i miejsc.
Rowery pełnią tu także ważną funkcję komunikacyjną ułatwiając dotarcie do odległych ostępów Puszczy w wyprawach na grzyby czy jagody a robotnikom leśnym do miejsc wyrębów.



Miejsca naszych kąpieli to odcinki brzegów pobliskich jezior, w samym Karwiku 3 i jedno w pobliżu na Bindudze Młyńskiej. Dno bywa tu lekko muliste, więc niektórzy z nas wypływają 200 - 300 m. łódką do trzcinowych zatoczek jeziora Seksty i tam w wodzie po pas pływają z rodzinami, mając twardy, piaszczysty grunt.
W Śniardwach wykąpać się można na półwyspie Szeroki Ostrów, w niewielkim oddaleniu od wiosek Zdory i Kwik (to punkt widokowy i miejsce darzone przez nas szczególnym sentymentem) a także dalej, we wsiach Nowe Guty, Okartowo i Suchy Róg. Tam też znajdują się okalające Jezioro Śniardwy kempingi.
W środku lata, poszukujemy czasem bardziej zacisznych miejsc do kąpieli. Rower umożliwia nam wówczas dojazd m. in. do ukrytego w głębi Puszczy szmaragdowego jeziora Jegocin czy skrytego za Bełdanem jeziora Flosek. Wody tych jezior, w przekonaniu Iwony Trybusiewicz i Ireny Samorzewskiej uwielbiających tu pływanie (od maja aż do października i to niezależnie od pogody), mają jakąś tajemną moc. Likwidują stresy i chandry, bóle głowy, syndrom wstania z łóżka lewą nogą, przygnębienie typowe dla złej pogody. Stanowią lekarstwo gdy coś jest nie tak i gdy chce się wrzasnąć "mam to wszystko w d .....". Kąpiel ta przynosi rodzaj duchowego oczyszczenia, jest jak spowiedź a po niej rozgrzeszenie po czym zapanowuje zupełny spokój. Świat staje się na nowo cudowny i bardziej radosny, chce się poprostu żyć. To właśnie wyznały mi (w zaufaniu!) dwie urodziwe "Nowe Mazurki".
Dzięki temu, że samochody nie mają prawa wjazdu na boczne drogi Puszczy, turystów do tych jezior dociera niewielu a ci którzy tu się znajdą to zwykle prawdziwie z przyrodą zaprzyjaźnieni. Niestety nie wszyscy. To po nich grupka miłośników z poświęceniem przywraca czystość ich brzegom. Szczególną inspirację daje im do tego pewien nieznajomy, młody człowiek - zapewne mieszkaniec tych stron. Podjeżdża on rowerem nad brzegi jeziora Jegocin z workiem na śmiecie by skrupulatnie pozbierać porozrzucane tu odpadki. Ta postawa "pozytywnie zakręconego człowieka" nadała sprzątaniu rangę rytuału, choć jej sprawca pozostał postacią tajemniczą.
I nagle wczoraj, w upalny dzień lipcowy 2006, chłodząc się w barze w Karwiku wodą mineralną i piwem, rozmowa zeszła na nasz konkurs czystości, w tym na zbieranie śmieci w lesie. To zainteresowało 2 młodych rowerzystów, którzy tu przejazdem wpadli dla ochłody. Szybko się okazało, że jednym z nich jest właśnie ów pionier troski o brzegi leśnego jeziora a jak wspomniał także o leśne drogi i ścieżki które często przemierza. A nazywa się Adam Gorela i mieszka w Końcewie. Z pewnością się bliżej poznamy i, być może, zaczniemy współdziałać.
Droga wśród buków na Pierwszą Bindugę Wędrówki piesze a raczej spacery stanowią oczywistą, najbardziej naturalną formę rekreacji. Przez las na pobliskie bindugi i polany, to dla niektórych z nas zajęcie codzienne. Jest tu wiele wyzwań dla tropicieli dzikich zwierząt - to szczególnie łatwe w zimie. Okazje do zadowolenia znajdą także obserwatorzy ptaków. Jednak zdeklarowanych piechurów - długodystansowców nie ma tu wielu. Także wyznawców dobrodziejstwa joggingu spotykamy tu wyjątkowo.







Żyjąc tu przez lata przychodzi nam coraz częściej na myśl, że od dawna, bardzo dawna inni ludzie musieli także oglądać i podziwiać piękno tych właśnie stron. Pagawedka  nad Sniardwami, tu bywali takze Galindowie Czasami prawie słyszymy ich pogwarki i okrzyki zachwytu. Siadając na pagórkach z których roztacza się urzekający widok na ogromne jezioro Śniardwy czujemy, że setki a może i tysiące lat temu właśnie tu, w tym miejscu bywali Galindowie i Jaćwingowie. Uradowałem się bardzo gdy archeolodzy odnaleźli ich ślady.











Mniej popularne formy tutejszej rekreacji to jazda konna, przejażdżki bryczkami i kuligi saniami. Te są możliwe w samym Karwiku jak i w pobliskich gospodarstwach agroturystycznych.
Spływy kajakowe organizowane na rzece Krutyni nie wymagają reklamy. Można się nawet zastanawiać czy nie ma tam zbyt wielkiego tłoku. Znacznie mniej znane jest pływanie z Karwika brzegami Sekst (z odskokiem na Kaczorajno), Śniardw (tu rozwaga jest bardzo potrzebna), kanałem Wyszka na jezioro Białoławki i dalej na jezioro Roś, by przez Kanał Jegliński powrócić znów do Karwika. Ten atrakcyjny szlak zasługuje dziś na popularyzację i o tym w Karwiku myślimy.
Narty śladowe, rakiety ("łyży"), bojery (w wydaniu rekreacyjnym, nie wyczynowym), to choć znane, ciągle sporadycznie uprawiane formy rekreacji i to w tej części jezior, która wyjątkowo się do tego nadaje. Tu dostrzegamy wyzwania dla pionierów gotowych do spopularyzowania tych rodzajów rekreacji i sportu a także do rozwinięcia takich, które "aż się proszą"  by tu szerzej i na stałe się zadomowić, na przykład psie zaprzęgi, także warunkach bezśnieżnych, lub gdy jest go niewiele - dryland, wraz z powiązaną z tym hodowlą psów odpowiednich ras.

początek


Wielkie Jeziora Mazurskie - piękno oby nie na zawsze tracone!

Czy wokół Wielkich Jezior Mazurskich naprawdę wszystko jest tak dobrze, jak w powyższych opisach. Może zarysowaliśmy obraz nazbyt sielankowy, oderwany trochę od rzeczywistości. Czy wspomniana dzikość Mazur wogóle jeszcze istnieje? Sceptycy jednym tchem dodają: A gdzie podziały się wspaniałe śniardwiańskie szczupaki i ogromne okonie? Zupełnie zniknęły liczne na puszczańskich bagnach cietrzewie, ba, prawie nie ma już dzikich kaczek i łysek, od których jeziora były czarne. To zaledwie kilka / kilkanaście lat temu. Przed ok. dziesięciu laty, w czasie wiosennego spaceru w Puszczy stanęliśmy z przyjaciółmi jak porażeni - panowała cisza, śmiertelna cisza! Nie śpiewały zupełnie ptaki. Trucicielską chemią i opryskami w wykonaniu naszej dzielnej floty powietrznej prowadzonej przez znanych w świecie agro-pilotów, zwalczyliśmy skutecznie kolejnego szkodnika drzew iglastych. Przy okazji jednak ucierpiały ptaki mimo, że ich preparat bezpośrednio nie zabijał. Na szczęście później rozpylano już inne, bezpieczne preparaty, chyba bakteryjne. Także nowe zalesienia to sadzenie różnych gatunków w miejsce podatnych na plagi monokultur. Chwała za to leśnikom, śpiew ptaków znów rozlega się w pobliskiej kniei!.
Pięknym i nieodłącznym elementem krajobrazu Mazur były i są aleje starych przydrożnych drzew. Kiedyś sadzono je by upiększyć drogę, podkreślić jej charakter, chronić podróżnych przed słońcem, deszczem, wiatrami lub śniegiem. By drzewa te funkcje mogły spełnić musiały rosnąć blisko drogi. Tak stały się reliktem starych krajobrazów w wielu zakątkach Polski a szczególnie tu, na Mazurach. Jakże często ocalały już tylko te stare aleje i prowadzą do miejsc po małych leżących na uboczu wiejskich siedliskach, dawnych dworach i pałacach, które same rozpłynęły się już w zawieruchach historii. Te żywe drogowskazy zachęcają - w swych wędrówkach sam się temu z radością poddaję - by wzdłuż nich podążyć, tam gdzie kiedyś nasi poprzednicy żyli. To, że w Kraju nad Wisłą przez dziesięciolecia z troskliwą rozwagą traktowano przydrożne, piękne drzewa odróżniało nas od "rozwiniętej" Europy. Nadszedł jednak i u nas czas jak z piosenki Krzysztofa Daukszewicza, "Mac Drive, Mac Drive, jak zmienia się nasz Kraj ..." i od roku pod ciosami toporów padają kolejno skazywane na śmierć stare drzewa. Wiele z nich obrosło legendami. Jak alarmuje i dokumentuje Stowarzyszenie SADYBA z Kadzidłowa, wycinane są całe stuletnie aleje. Stowarzyszenie wyszło już ze stosowną inicjatywą ustawodawczą przywracającą decyzję konserwatorom przyrody. Może też przed tymi "niemymi zabójcami" (jak część drogowców z piłami w rękach określa przydrożne drzewa) lekkomyślnych kierowców ochronią poprostu ograniczenia szybkości. Pamiętam, że to tu, na Mazurach bruki z kocich łbów wymuszały skutecznie redukcję szybkości. Na fali tak zwanego postępu i rozwoju masowo je jednak polikwidowano. A może lepiej było by postawić na rozumne zdyskontowanie naszego niedorozwoju, nie tylko zresztą w tej dziedzinie? Otoczmy na powrót troską te enklawy mazurskiego piękna, skoro inni w swoich krajach już je bezpowrotnie zatracili a teraz nam zazdroszczą!

Patrząc na te niekorzystne procesy, jeden z najbliżej znanych mi entuzjastów Wielkich Jezior - kiedyś motorowodniak, poźniej żeglarz a ciągle najlepszy z nas wędkarz, przeniósł się nawet na kilka lat z Warszawy do Giżycka - popadł w coś co nazwałbym nostalgiczną mazurską depresją. W jego odczuciu nie ma już czystych wód, jeziora zapełniają zbyt wielkie tłumy żeglarzy, hałaśliwych, prześcigających się przepychem i prędkością motorowodniaków i skuterowców. Ta wspaniała dawniej przyroda jest zanieczyszczana przez sporą część turystów - śmieciarzy, wyniszczana przez licznych kłusowników, pozbawionych wyobraźni dzierżawców i nieetycznych wędkarzy (który z nich wypuszcza spowrotem do wody rybę, nawet gdy patelnia już dawno jest pełna?). Nie, to już nie te Mazury! Mój pogrążony w depresji przyjaciel sprzedał swój dom w Giżycku oraz jacht i od kilku lat nie pokazał się tutaj więcej.
Zmartwiło mnie także podobne w swej wymowie, choć porównujące bardziej ludzi niż naturę, przesłanie książki Kiry Gałczyńskiej: Nie wrócę tu nigdy czyli pożegnanie z Mazurami. Znamy się dobrze z naszych dawnych lat pływackich, więc dzieliła się z nami swym narastającym mazurskim rozczarowaniem, sukcesywnie, przez lata.
Jakby tego było mało związany z Karwikiem nasz niemiecki przyjaciel, zmiany w środowisku naturalnym i charakterze naszej wioski, postrzega podobnie krytycznie. W konsekwencji bliski jest przeniesienia bazy swojej, od kilkunastu lat tu działającej firmy turystycznej, do miejsc bardziej ustronnych i jeszcze nie oszpeconych.

Czy ci, którzy biją na alarm mają rację? Wydaje się, że w dużym stopniu tak.
Pilna sprawa to kanalizacja i oczyszczalnie ścieków a także gromadzenie i wywóz śmieci wokół Wielkich Jezior a także na ich powierzchni. Pływa przecież po nich latem, jak wspomniałem 50 tysięczne miasto! Czy odchody i to co wylewa się do jezior może być siłami samej natury zneutralizowane i przetworzone? Ekolodzy mają tu odpowiednie dane i swój jasny pogląd. Pewien postęp widać, ale musimy wprowadzić tu, może z pomocą UE, bardziej radykalne zmiany i to w pełnym zakresie.
Z innych "plag" mazurskich, mnie razi bardzo krajobrazowe skażenie terenu. Widoczne w całej Polsce, tu zagnieździło się na dobre. Przez lata PRLu upakowywano pierwsze nowo budowane domki na maleńkich 600 - 700 m2 działkach. Zmuszały do tego ówczesne siermiężne przepisy budowlane. W konsekwencji ładne nawet projekty poginęły w nieciekawym natłoku najwcześniej zabudowanej, biegnącej ku śluzie, części powojennego Karwika. Z pozytywów tamtych lat jest - jak zaobserwowałem - to, że przekazano nam w dziedzictwie uchronione przed dzikim budownictwem brzegi Wielkich Jezior (nieliczne wyjątki nie zmieniają tego obrazu).  
Ostatnio rozwija się ożywiony ruch budowlany. Powstają eleganckie pensjonaty, zagrody i domy. Wioski robią coraz korzystniejsze wrażenie, także na cudzoziemcach. Towarzyszą temu jednak zjawiska głęboko niepokojące. Kiedyś swobodnie dostępny, malowniczy brzeg Kwikowski (wschodni) jeziora Śniardwy dziś zajęły poogradzane, aż po same wody jezior, działki. Podobnie na Szerokim Ostrowiu i w okolicy wioski Dziubiele. Często spotykany napis "Teren prywatny wstęp wzbroniony" - kiedyś irytował, dziś już prawie nie dziwi. Co tu jest do diabła z pasem wywłaszczeniowym - ustawowo ogólnodostępnym obszarem, tuż nad wodami każdego jeziora!?
Dzikie budowanie bywa ograniczane, jednak z typowym dla nas brakiem konsekwencji i systematyczności. Przed kilkunastu laty w Karwiku rozebrano nawet karnie 2 domy. Później jednak restrykcje jakby zmalały i pojawiać się zaczęły uznaniowe wyjątki.  
Powszechnie widocznym mankamentem jest "poprawianie architektów". Z reguły podwyższane są piwnice i ścianki kolankowe co wysadza w górę cały dom i zamienia ładne architektoniczne projekty w coś co bardziej przypomina psie budy. Widać, że nagminnie i zwykle bezkarnie odchodzi się w rażącym zakresie od projektów.
Kolejna plaga to ogrodzenia. Te powszechnie rażą. Odnosi się wrażenie, że pozostawiono je zupełnie na żywioł, zwłaszcza w fazie ich przebudowy lub remontu. Odpustowe malowania, skakanka wysokości i generalnie brzydko skomponowane elementy drewniane i betonowe. Powszechnie wykorzystuje się w okolicy tanie pół-wałki połuszczarskie z pobliskiej fabryki sklejki, klecąc je pionowo w najmniej fantazyjny sposób. A są przecież projekty i praktyczne realizacje ogrodzeń bardzo ładnych, wpisujących się świetnie w mazurskie otoczenie i tradycję, robionych także z tutejszych materiałów i też tanich. To jednak wyjątki w morzu brzydoty.  Może ktoś coś z tym zrobi?

W miarę wzrostu naszej zamożności i otwierania się Unii Europejskiej, ludzi napływać tu będzie jeszcze więcej.
Pogodzić się z tym łatwiej, gdyż w końcu nadchodzi jesień, zima i wiosna. Przyroda wchodząc w miejsce opuszczone przez ludzi, w zadziwiający sposób bierze sprawy w swoje, skuteczne od tysiącleci, ręce. Okrywa i częściowo rozkłada śmiecie, których dzięki rozumnym działaniom pozostawia się rzeczywiście mniej niż przed laty. Jest w tym widoczna zasługa dzierżawców pól namiotowych. Staranniej uprzątnięte po sezonie kempingi porastają szybko świeżą trawą i trudno odgadnąć, że latem znów przybędą na nie tłumy. Ma tu swój wkład administracja lokalna i leśna a nade wszystko rosnąca liczba ludzi dobrej woli, bardziej niż dotąd dbających o nie zaśmiecanie lasów i uczestniczących w zbieraniu tego co inni, mniej schludni, pozostawiają.

Jakie są a jakie granice zatoczy urbanizacja w naszym regionie, na jak długo jeszcze nasze wioski pozostaną prawdziwymi, małymi wioskami? Wcześniejsze zamachy inwestorów (najgłośniejszy na Szeroki Ostrów), zachęty i ułatwienia inwestycyjne UE i łatwy w jej ramach przepływ kapitału i ludzi, budzą obawy, że piękne miejsca pozostające we władaniu natury zostaną jej wyrwane i że dni intymności wiosek mogą być policzone. Rodzi się przy tym pytanie czy powszechnie uznamy to za wartość trwałą i zasługującą na rozumną ochronę i że ochronę tą konsekwentnie będziemy realizowali. Jeśli tak, to liczyć przyjdzie na intensyfikację oddziaływań Mazurskiego Parku Krajobrazowego i ruchy społeczne ochrony Wielkich Jezior. Liczymy też bardzo na nadrzędne uregulowania Unii Europejskiej jak też na upowszechnienie rozumnych doświadczeń Skandynawskich. Lokalne organy władz administracyjnych i samorządowych mają tu ogromną rolę do odegrania i rolę tę trudno przecenić. Jak uczy jednak doświadczenie w imię efektów natychmiastowych (pozyskany jednorazowo większy kapitał na duże inwestycje w gminie-powiecie, trochę nowych miejsc pracy - choć w dużym stopniu dla pracowników i specjalistów firm z zewnątrz powiatu), gotowe są one poświęcać efekty długofalowe (stały napływ małego kapitału i małych inwestycji, które realizują często firmy lokalne i tworzą nowe miejsca pracy dla mieszkańców). To różnica między rozwojem sztampowym, "globalnym" a rozwojem selektywnym, właściwszym z punktu widzenia unikalnych walorów środowiska i zachowującym a nawet umacniającym to co w nim najcenniejsze. My tu, nad Śniardwami w Puszczy Piskiej opowiadamy się za drugą, wpisującą się w otocznie, drogą rozwoju.

początek


Mało znane zakątki Mazur wschodnich i cuda północno-wschodniej Polski

Ja wodniak - kiedyś pływak, płetwonurek i członek braci żeglarskiej - przez lata związany byłem z Wielkimi Jeziorami. Wyznam, że była to więź prawie obsesyjna. Ciągnęło mnie do nich szczególnie z odległych zakątków świata w których bez wahania opuszczałem urzekające tropikalne plaże, szmaragdowe tonie oceanów i palmowe gaje, by tu, nad mazurskimi chłodnymi wodami spędzić kilka urlopowych tygodni. Poza Wielkimi Jeziorami inne Mazury wtedy dla mnie nie istniały. Te, zacząłem odkrywać i cenić całkiem niedawno. Życie nad Wielkimi Jeziorami, w pięknej ale przecież ciągle tej samej okolicy, żeglowanie kolejny raz po tych samych zakątkach jezior i to jeszcze w złą pogodę, rodzi pragnienie odmiany, chęć zobaczenia czegoś innego, nowego. Wykraczać więc zacząłem poza obszar Wielkich Jezior, by dotrzeć do innych zakątków Mazur, które choć piękne są znacznie mniej znane. Przenosiłem się także do najatrakcyjniejszych obszarów północno - wschodniej Polski. Te, wprawdzie są znane nieco lepiej, nas kuszą dodatkowo dzięki niewielkiej odległości. Można do nich poprostu "wpadać" w dogodnym momencie. Opowieści znajomych, parę zdjęć, od dawna nakreślone a nie zrealizowane plany turystyczne, jakiś film w TV, udane strony www, czy dobrze napisany przewodnik turystyczny to były impulsy do moich turystycznych eskapad w nowe miejsca w tych obszarach.
Niecodzienną, dodatkową inspirację dało mi spotkanie sprzed lat. Poznaliśmy wówczas pewnego, obdarzonego niezwykłą wrażliwością absolwenta Olsztyńskiej Akademii Rolniczej, mieszkańca Kętrzyna, entuzjastę, wytrawnego wędrowca i znawcę puszcz północno - wschodniej Polski. Naszą "rodzimą" Puszczę Piską oceniał - czym nam się wówczas trochę naraził - jako mało interesującą. Przeważają w niej stosunkowo młode nasadzenia, które masowo prowadzono po rabunkach dwu kolejnych wojen a jej poszycie jest ubogie - bo gleby w tej części Mazur piaszczyste. Przeciwstawiał jej piękno pełniejsze, bardziej zróżnicowane innych, nieznanych mi wówczas, puszcz regionu. Mówił o nich bardzo zajmująco, z pełnym znawstwem i autentycznym oddaniem.
Na zakończenie zapytał: "a czy wiecie że drzewa mówią?" Ja i mój sąsiad artysta - malarz z przekonaniem to potwierdzamy. Tchnący dziwnymi przekazami, niezwykły magnetyzm odczuliśmy w chwilach wzniosłego nastroju w zaciszach puszczańskiej polany i blasku jeziora. Spływa on szczególnie łatwo wówczas, gdy obejmie się ramionami dostojne, pełne spokoju drzewa. Odtąd z satysfakcją znajdowałem kolejne, naukowe potwierdzenia istnienia mowy roślin.
Z Krainy Wielkich Jezior łatwo dotrzeć do leżących w pobliżu Mazur Garbatych z Puszczami Borecką i Romnicką oraz Krainą Węgorapy. Niewielka odległość dzieli nas od takich cudów północno - wschodniej Polski jak Bagna Biebrzańskie, lasy, pagórki i jeziora Suwalszczyzny i Puszcza Augustowska z jej pięknymi, wyraźnie odmiennymi od mazurskich, jeziorami, rozlewiska Narwi z ulokowanym w górnym biegu tej rzeki Zalewem Siemianówka, rozdzielającym Puszczę Knyszyńską od słynnej w świecie Puszczy Białowieskiej. Tak właśnie zakreśliłem swój obszar wędrówek.

Wypady w tamte strony robię wiosną i jesienią. Docieram w tych porach roku w których człowiek jeszcze nie zajął lub oddał na powrót przyrodzie to co latem tak łapczywie zagarnia. Tchną więc spokojem nie tylko ustronne polany i uroczyska leśne, rzeki, jeziora ale także puste o tej porze, kempingi. Dopiero w takim czasie docenić można w pełni malownicze położenie wielu z nich. Nielicznych turystów - a o tej porze wędrują najbardziej wytrawni, zachowujący się z godną pokorą wobec natury i przyjaznym nastawieniem wobec ludzi - przyroda wynagradza cudowną harmonią dźwięków i obrazów, których zwykły mieszczuch i wakacyjny turysta dostrzec nie zdoła.

Systematycznie odwiedzam strony internetowe o tych obszarach, które umieściłem na swoim podróżniczym celowniku. Łatwo znaleźć ciekawe, profesjonalnie zbudowane opisy. To zwalnia mnie od silenia się na ich dublowanie, podpowiadając ograniczenie się do podania ich adresów, oszczędnych streszczeń, refleksji i zachęty. Część zaczerpniętych z nich informacji już okazała się pomocna w moich własnych wypadach. Teraz zaglądam do stron - opisów pozostałych interesujących mnie obszarów i kompletuję odsyłacze do szczególnie godnych rekomendacji. Tymi sukcesywnie będę się z Państwem - także oszczędnie - dzielił. Dziś już zachęcam do zerknięcia pod następujące adresy www jak i sięgnięcia po wydane drukiem przewodniki:

    Mazury Garbate [Rąkowski][Szlakami Mazur Garbatych. Przewodnik]. To wyjątkowo piękna kraina dzikich puszcz, wysokich wzgórz i głębokich dolin, jezior, strumieni i bagien. Tutejsza przyroda - jak podkreśla znawca tego terenu - ma silnie zaznaczony północny charakter ukształtowany surowym klimatem. Puszcze i lasy, zdominowane przez świerk, przypominają w wielu miejscach obrazy z dalekiej północy. Gęstość zaludnienia jest tu jedną z najniższych w Polsce a i turystów zagląda wciąż niewielu. Mazury Garbate to pagórkowata część Mazur, leżąca na wschód od Krainy Wielkich Jezior Mazurskich, na północ od Pojezierza Ełckiego aż po przeciętą granicą Puszczę Romnicką i na zachód od Pojezierza Suwalskiego.

    Puszcza Borecka (wchodzi, wraz z Puszczą Romnicką w obszar Mazur Garbatych). O niej, jej specyfice i osobliwościach dowiedziałem się ze wspomnianych ciekawych przewodników a także z interesującej strony W. Milewskiej [w/w odsyłacz] z Olecka. Tak więc, choć od lat Puszczę Borecką zamierzałem poznać i byłem do tego przygotowany to zobaczyłem ją i zacząłem z nią się zaprzyjaźniać niedawno. Już przy pierwszym zetknięciu jej inności nie sposób nie dostrzec. Poszukiwałem roślin nieco innych, północno-wschodnich (borealnych) wyrosłych na obszarach niedawnych lodowców i w strefie obecnego ostrego klimatu. Są to wspaniałe drzewa, inne niż gdzie indziej świerki, brzozy niskie i wierzby borówkolistne a także unikalne tu cisy. Wyraźnie odmienne jest zwłaszcza poszycie z roślin torfowiskowych. Odświętną grozą tchną tu mroczne puszczańskie ostępy. Nic dziwnego, że w nich świetnie się czuje cała leśna zwierzyna, w tym od lat tu zasiedziałe nasze dostojne żubry.
    Właśnie ten królewski zwierz zwabił Monarchę z dalekiej Hiszpanii perspektywą niezwykłej myśliwskiej przygody. Dopiero przy tej okazji wielu ludzi w Polsce dowiedziało się, że Puszcza Borecka wogóle istnieje i że jest tak wyjątkowo atrakcyjna.

    Puszcza Romincka to kolejny, wielki kompleks niezwykłych lasów. Przepołowiła ją granica międzypaństwowa z Rosją - Obwód Kaliningradzki. Jej odmienność jest zbliżona do w/w specyfiki Puszczy Boreckiej. Przed 70 - ciu laty "wilgotnymi tunelami Romnickiej Puszczy, otwierającej raz w raz oka śpiących w jej łonie jezior ..." przedzierał się Melchior Wańkowicz [Bibliografia]. To wrażenie 'wilgotnych tuneli' pokrywa się dokładnie z moim tej Puszczy, a także Puszczy Boreckiej, dominującym odbiorem.

    Suwalszczyzna. To północno-wschodni skraj Polski. Mój przyjaciel, znający zarówno pełną malowniczych  jezior, pagórków i polan Suwalszczyznę jak i Krainę Wielkich Mazurskich Jezior, choć tu nad Jeziorami na stałe zamieszkał, tamtą uważa za piękniejszą. Zdaje się potwierdzać to swymi przenosinami znad Śniardw, także znany artysta plastyk Andrzej Strumiłło.

    Rozlewiska rzeki Biebrzy wiosna 2007 z jej brzegu poludniowego Bagna Biebrzańskie. To region bezkresnych bagiennych przestrzeni, który upodobałem sobie szczególnie. Te niezwykłe mokradła wyróżniam może dlatego, że odkryłem je zaledwie przed kilku laty, już stąd, z Mazur. To także słynny w całej Europie rezerwat, odwiedzany przez wielu cudzoziemców - obserwatorów ptaków. Ja wypatruję tu ciągnących bez końca kluczy dzikich gęsi i wsłuchuję się w ich tęskne gęgania na przedwiośniu i jesienią. Przestrzenie te najchętniej oglądam z południowego, wysokiego brzegu rzeki Biebrzy. W całej okazałości jawią się jak na dłoni, gdy przemierza się je od miasteczka Goniądz na wschód.




    Rozlewiska Biebrzy pod Goniadzem. Wiosna 2007Kiedyś wczesną wiosną, na moście wyprzedzałem szkolną, maszerującą dwójkami gromadkę dzieci. Odbywało się "spławianie Marzanny" - według naszego staropolskiego obyczaju. Najbiedniejszy zakątek Europy, skromniutkie ubiory dzieciarni, a przy tym w pełnym skupienia nastroju ostrożnie niesione tradycyjne figurki Marzanny. Czuwała nad tym wszystkim bardzo przejęta swą misją młoda nauczycielka. Przemknąłem nie zauważony. Ba, nawet nie zatrzymałem swego VW! Żałuję bardzo, że do nich wówczas nie dołączyłem. Obrazek ten jednak zapamiętałem, ba, utkwił w moim sercu chyba już na zawsze. Budzi wciąż moje głębokie wzruszenia.
    Goniądz, o ciekawej zresztą historii, stanowi doskonały punkt wypadowy do poznania całej Krainy Biebrzy. Zatrzymać się tu można w kilku kwaterach agro-turystycznych lub hoteliku "Zbyszko" który wita zapewnieniem, że 'u nas lepiej niż w domu' (ze wzniesienia na którym stoi można zerknięcie na rozlewiska Biebrzy). Luksusową gościnę znaleźć można także w zbudowanym z dużym rozmachem i dbałością o lokalną tradycję zespole pensjonatów "Bartlowizna" z największą w Polsce i oferującą smakowite dania drewnianą "Karczmą Bartla".




    Czerwone Bagno widok z wiezy w Kopytkowie Wiosną 2003 roku, zasiadłem przed świtem na wieży obserwacyjnej w Kopytkowe [widok z niej utrwaliłem na fotografii obok]. Bardzo długo podziwiałem pojawiających się kolejno 8 dostojnych łosi wolno przemierzających ogromne Czerwone Bagno. Widziałem także tokującego, o dziwo tylko jednego, cietrzewia. Wspomnieniami wybiegłem do polowań w okolicach pobliskiego Czerwonego Boru, gdy przed zaledwie 30 laty, na jednej tylko polanie tokowało ich dziesiątki. Jak mi wyjaśnił doświadczony przewodnik i właściciel gościnnego Dworku na "Końcu Świata" w Kopytkowie Pan Adam Raczkowski a także - spotkani na obrzeżach Parku - myśliwi, liczba tych ptaków dramatycznie się w ostatnich latach tutaj, tak jak i całej Polsce, zmniejszyła. W Biebrzańskim Parku Narodowym doliczono się ich tylko 170! Pochwalił mnie za to, że obserwację zacząłem o właściwej porze - przed świtem (dla nemroda to wszak nie pierwszyzna). Jego inni goście - śpiochy wstający zwykle o 10 rano narzekają bowiem, że tu łosi w ogóle spotkać nie można.

    Puszcza Augustowska, przecięta rzeką Czarna Hańcza,  jest jednym z największych kompleksów leśnych Polski a także największych zwartych kompleksów Europy. Powierzchnia ponad 1100 km2. Napotkać tu można widoki urzekające - puszczańskie polany, liczne jeziora, podmokłe łąki i torfowiska. "Roślinność Puszczy Augustowskiej, charakterystyczna dla północno-wschodniej Europy, odznacza się dominowaniem mszystych lasów iglastych sosnowo-świerkowych i obecnością dużych powierzchni torfowisk. Stwierdzono tu około 1000 gatunków roślin naczyniowych, od borealnych i właściwych florze arktycznej, aż do gatunków związanych ze strefą śródziemnomorską. Na terenie Puszczy Augustowskiej stwierdzono dotychczas występowanie ponad dwóch tysięcy gatunków zwierząt".

    Narwiański Park Narodowy w którym warto zatrzymać się w drodze powrotnej z Puszczy Białowieskiej nad Biebrzańskie Bagna. Ogrom i piękno rozlewisk Narwi jest trudne do wyobrażenia i inne jednak od pobliskiej Biebrzy. Trzeba odwiedzić zarząd parku i muzeum, mieszczące się w pięknym, historycznym dworze, na widokowym wzgórzu w Kurowie. W dole przedrzeć się warto kilkaset metrów kładkami prowadzącymi skrajem obszaru trzcin i sitowia, dzięki czemu uświadamiamy sobie bezkres i nie dostępność tego rozlewiska.

    O krok stąd, także po drodze, leży Tykocin. "W Tykocinie, w stopniu większym niż gdzie indziej na Podlasiu, przetrwał obraz dawnego polskiego miasteczka, noszącego w swym kształcie przestrzennym i architektonicznym dziedzictwo poprzednich epok" (cytat z ... umknęło mi, wkrótce podam!). To perła baroku na tych terenach. W odbudowie zamek (tu oblegano księcia Janusza Radziwiłła w wojnie ze Szwedami), zabytkowy kościół, muzealna synagoga, rzędy historycznych kamieniczek (z domem rodziny Ludwika Zamenhofa - twórcy esperanto).
    Ostatnio otrzymałem takie oto uzupełnienie. "Osiecka napisała o Tykocinie: 'Miastko-zabawka, miastko-lalka, miastko-sen'. Dla mnie miasteczko o przyjaznej dla człowieka, właściwej skali. Widok jak z filmowej scenografii. I żywej duszy, oprócz nas, przyjezdnych, na rynku. Zdziwiło mnie to. Pamiętam, że pomyślałam, że to co dla mnie jest czymś pięknym i godnym podziwu, dla mieszkańców jest pewnie powszednością i być może małomiasteczkową nudą. Tam jakby czas zatrzymał się w miejscu. Rzut oka na Kościół Św. Trójcy z piękną fasadą, synagogę, alumnat - nawet ładnie odnowiony na restaurację czy hotel i pomnik hetmana ze złotą buławą na rynku (podobno drugi po kolumnie Zygmunta w Warszawie, świecki pomnik w Polsce) ... Trudno wyobrazić sobie, że tykociński zamek był w XVI wieku jedną z najpotężniejszych twierdz nizinnych i arsenałów broni w dawnej Rzeczypospolitej. Szkoda, że zostały po nim tylko fundamenty... Przeczytałam, że na zamku spoczywało ciało zmarłego w Knyszynie króla Zygmunta Augusta. Stąd wyruszył orszak żałobny z królewską trumną na Wawel"   (w e-mailu nadesłała to Joanna Tomczak; jej zawdzięczam także wiele wychwyconych "literówek" i błędów a także ciekawe linki i informacje; z wdzięcznością włączam je do tej strony).
    Warte zatrzymania się są też charakterystyczne restauracje - jedna, obok synagogi, oferuje tradycyjne dania kuchni żydowskiej. Inna w - oddalonych o 3 km od Tykocina, Kiermusach - to świetna "Karczma Rzym", która wraz z Dworkiem nad Łąkami, Dworskimi Czworakami i Jantarowym Kasztelem, przybliża nam "ostatnią ostoję tradycji szlacheckiej na Podlasiu", dzisiaj już w luksusowym wydaniu "Prestige Hotels". Bardzo praktycznym - dla nas - tego potwierdzeniem okazała się "Kiermusianka Chrzanówka" okowita, według tajemnej receptury dziedzica tutejszych włości sporządzana a także inne specyjały staropolskiej kuchni.

    Puszcza Białowieska. Jej światowa sława ostatniego naturalnego boru i zbawczego matecznika żubrów, bogata literatura a także liczne strony internetowe, zwalniają mnie z potrzeby dodawania od siebie czegokolwiek. Skorzystajcie Państwo z wyszukiwarki i do Puszczy po prostu, przy najbliższej, okazji przyjeżdżajcie.

    Z Puszczy Białowieskiej, kierując się na północ przez Narewkę, można dojechać nad sztuczny zbiornik wodny Siemianówka. Tu małe eko-turystyczne gospodarstwo Mirosława Zubryckiego w Babiej Górze (tel. 85 685 70 21) otwiera swe gościnne podwoje. Smaczne, domowe dania i napoje spożywaliśmy wśród gościnnych, serdecznych ludzi. Istotnie bliższym stał nam się - a cel taki stawia sobie gospodarz - szczególny klimat i kresowa kultura pogranicza Polski i Białorusi. Zbiornik Siemianówka spiętrza wody rzeki Narwi w jej górnym biegu.
    Północny brzeg Zbiornika otwiera wrota Puszczy Knyszyńskiej i pięknego regionu wschodniego Podlasia.

    ziemia przodków rzeka Swislocz na wschodniej rubiezy to pozostalo z dawnych chat i dworkow











    groby na cmentarzu w Jalowce Wschodni pas tej krainy, wytyczonej malowniczą, graniczną rzeką Świsłocz, to także smutne widoki opustoszałych wiosek. W nich piękne drewniane chaty i skromne dworki w dojmującej ciszy i z pokorą wobec wyroku dziejów składają swe szczątki przyrodzie w ofierze. Nikt tu jednak nie rozgrabia i nie "zagospodarowuje" starych belek stropowych i grubych bali z dawnych ścian. Czyni to dopiero las, który z wolna porasta gwarne kiedyś podwórza, okrywa liśćmi resztki strzech rozpadłych stodół i domostw. Tak też stało się z siedliskami moich dalekich kuzynów, których przed dziesiątkami lat, odwiedziłem - wraz z moim dziadkiem - w maleńkiej, pięknie położonej wiosce Kituryki.
    To w tych chatach kwaterował sztab tutejszego oddziału partyzanckiego AK w mrocznych latach okupacji. W lesie, tuż pod wsią Kituryki, składał - jak niedawno to odkryliśmy - swą partyzancka przysięgę młody Paweł Jasienica, znany później autor wielu prac historycznych, w tym najbardziej znanych dzieł, Polska Piastów i Polska Jagiellonów.

    Dzieci ich rozproszyły się dawno po świecie i tylko pradziady, dzidowie i rodzice pozostali tu na zewsze. To właśnie tutaj, na niewielkim cmentarzyku w Jałówce, z ich grobami sąsiaduje stary grób rodziny Bohatyrowiczów. Nastrój, dzieje i duchy tych stron pomogły Elizie Orzeszkowej napisać niezapomniane dzieło - Nad Niemnem. Kamienne mogiły stały się trwalszymi, od drewnianych chat, świadkami przemijającego czasu.

początek


Historia, zabytki, pałace i dwory

Piękno przyrody to główny ale nie jedyny walor tej ziemi. Mazury po II wojnie światowej stały się obszarem intensywnej wędrówki narodów, która wytworzyła zróżnicowany tygiel społeczny. Odeszli stąd Niemcy i prawie wszyscy Mazurzy, przybyli żyjący po sąsiedzku Kurpie i przesiedleni ze wschodu Polacy i Ukraińcy. O jakże wielu ciekawych rzeczach, które tej ziemi dotyczą dowiedzieć się możemy z przekazów Nieformalnej Wspólnoty Miłośników Ziemi Piskiej "Galindia". Muzeum w Piszu od dekad zbiera i wystawia ważne eksponaty i dokumenty. Ale to historia najnowsza, nieco większości z nas znana.
Co jednak było tu wcześniej, dawno i bardzo dawno? Zadajemy sobie czasem to pytanie stojąc na jednym z niezwykłych pagórków, urzeczeni pięknym, rozległym widokiem. To niemożliwe by podobnych wrażeń nie doznawali dawni bywalcy w tych stronach i tych dokładnie miejscach. Przed wiekami byli to Galindowie i waleczni Jaćwingowie. Wspomnieniem po nich są rozsiane kurhany i grodziska. Przyzywają ich pamięć także niezwykłe inscenizacje w Ośrodku Galindia koło wsi Iznota przygotowane przez jego właścicieli, Państwa Kubackich.

W okresach Prus Krzyżackich i Królewskich po zakątkach tych wędrowali i tu żyli kolejni osadnicy tamtych czasów. Pozostały po nich liczne zabytki kultury materialnej, wspomnienia walk i rywalizacji ale także trwania i współdziałania żywiołu polskiego i niemieckiego. To często zdolni kurpiowscy cieśle budowali mazurskie proste chaty.
Już od pierwszych moich przejazdów przez te ziemie, z zachwytem spoglądałem na nie w słynnej, dzięki rzędom takich chat, wiosce Hejdyk a także w Krzyżach i Karwicy. W tej ostatniej wiosce swą mazurską chatę z pietyzmem, przez lata restaurowali i rozbudowywali artyści plastycy - moja siostra i jej mąż. Później już, pod ich wpływem, w każdej mazurskiej wsi starałem się je odnajdywać. Ułatwiały mi to one same, wabiąc już z daleka niebieskimi i zielonymi kolorami swoich okiennic, pięknymi w swojej prostocie ozdobami, małymi ganeczkami i oczywiście czerwienią dachówek. Teraz wędrowanie w ich poszukiwaniu po Mazurach (a także Warmii, Kurpiach), poznanie ich szczególnych cech i różnorodności z fachowym opisem rozmiłowanego w nich, wspomnianego już wcześniej architekta, Piotra Olszaka, dzięki jego stronie Polska Drewniana, stało się wręcz fascynującym. To doskonały cel kolejnych mazurskich wypadów.

Jakże wiele rozległych, silnych więzi z Polską przebija z historii szlachty pruskiej. Uświadamiamy to sobie zwiedzając tutejsze pałace i dwory, dzięki zajmującym opisom i obrazom Państwa Garniec Bibliografia.
Pasjonaci historii militarnej odnajdą tu zamki, twierdze i pola słynnych bitew. Niedaleko stąd do Grunwaldu. Jeńcy francuscy z czasów Bismarcka budowali m. in. Kanał Jegliński. Puszcza Piska jest do dziś poorana transzejami z okresu I wojny światowej. Umocnień z II nie da się zliczyć. Wszędzie spotyka się mogiły i cmentarze padłych tu żołnierzy.
Są tu wreszcie budowle ludzi złych, które użytkowali zbrodniarze ostatniej wojny. Wilczy Szaniec w Gierłoży, gdzie robotnikom budującym tu kwaterę Hitlera nakazano zabrać tajemnice do przedwcześnie wykopanych grobów. Wokół są bunkry i siedziby głównych jego ludzi. Tuż obok Karwika są pozostałości willi Harmanna Goeringa. To jego "dzielne" floty powietrzne m. in. masakrowały nas, uchodźców na polskich drogach we wrześniu 1939. Moja Mama zapamiętała przystojną twarz strzelca karabinu maszynowego, piorącego seriami z lecącego tuż nad głowami samolotu. W pewnej chwili wycelował także do nas. Mama instynktownie osłoniła swoim ciałem moją siostrę i mnie. Czyżby dostrzegł to i ... drgnęła mu ręka? Bo przecież przeżyliśmy. Te ostatnie miejsca bywają wplatane w moje Mazurskie wypady niechętnie.

początek


Sposoby podróżowania

Myślenie o wypadzie (o najbliższych 2 - 3 wypadach), wybór kierunku i jego bardziej szczegółowe zaplanowanie jest samo w sobie przyjemnością. Na podstawie gromadzonej od dawna w domu a także uzyskiwanej ostatnio z Internetu, informacji turystycznej, przygotowuję przed każdym z wypadów swój własny plan-scenariusz podróży. Nie nadaję mu jakiejś przesadnie dopracowanej formy. Jest to zwykle celowo skompletowany zbiór map, przewodników i książek a także wydruków stosownych stron Web. Po mojej "personifikacji" pełno w nich podkreśleń, załamań narożników i wpisanych uwag. Systematyzuję je w oddzielnych kopertach i stosownie do trasy podróży, ustawiam w zasięgu ręki kierowcy. Dzięki temu łatwo, bez błądzenia docieram do miejsc najciekawszych przez co moje przeżycia stają się bogatsze. Ciągle jednak dużą rolę odgrywają przypadki, wskazówka kogoś napotkanego na szlaku czy dyktowane sytuacją impulsy by odskoczyć w bok i zatrzymać się na pagórku nad kuszącymi wiosennymi kolorami łąkami, malowniczym jeziorkiem. One ten plan-scenariusz niejednokrotnie korygują i wzbogacają.

Dotąd zadowalałem się przeżyciami "tu i teraz" nie dbając o zrobienie kilku zdjęć czy ujęć kamerą video na przyszłość. Teraz sądzę, że warto poświęcić parę chwil dla stworzenia małej dokumentacji tych wypadów. Nie powinno się pozostawiać jej do końca przypadkowi i do tego odnoszę słowo - scenariusz. Ludzie chętnie wysłuchają ciekawych z tych wypadów relacji i jeszcze chętniej zerkną na parę zdjęć lub krótki filmik, podobnie jak my, uczestnicy wypadu. Ale uwaga, potrzebny jest umiar. Fatalnie wspominam przyjęcia w paru domach z maratońskim seansem slajdów lub filmów z ostatnich gospodarzy wakacji. Goście ziewają już po 10 minutach podczas gdy niewrażliwi gospodarze, rozczuleni do łez, brną uparcie dalej. Nie ma też większego sensu robienie zbyt wielu zdjęć na własny użytek. Ostatnio uporządkowałem wszystkie zgromadzone przez lata fotografie. Trzy czwarte można by spokojnie wyrzucić.

Ponadczasowy VW Westfalia Camping Wypady takie robię zwykle wiosną i jesienią, samochodem w którym mogę się wygodnie przespać i który jest wyposażony we wszystko to, co w kilkudniowej podróży jest najbardziej potrzebne. Wykorzystuję zaprojektowanego z dużą wyobraźnią i ciągle sprawnego VW T-3 Westfalia Camping, przygarniającego do 5 osób i mojego pieska. Już przed laty samochody te radziły sobie świetnie na wielu trasach świata, m.in. w podróżach do Nepalu a nawet na pustyni Sahara. Jeden z moich niemieckich gości taką właśnie podróż odbył. Z nie ukrywanym rozrzewnieniem spoglądał teraz na mojego "staruszka".

Przed przeoczeniem, w trakcie pakowania, którejś z potrzebnych rzeczy, chroni mnie używanie listy kontrolnej. Stosuję ją i od dekad uzupełniam. Z nią w ręku pakuję się do każdego wyjazdu i rejsu. Jest to raczej dopakowywanie bo to co niezbędne a niezbyt wartościowe, znajduje się na jachcie lub w samochodzie na stałe. A więc zerknijcie, co zabierać:

Będzie mi miło, jeśli ktoś w Państwa zechce z nich skorzystać a być może uzupełnić, bo przecież każdy z nas taką operację przed wyjazdem wykonuje nieuchronnie, niekoniecznie z kartką w ręku. Można to jak widać, robić w mniej lub bardziej usystematyzowany sposób.

początek


Polecane gospodarstwa agro-turystyczne, pensjonaty, kwatery do wynajęcia
w regionie Wielkich Jezior Mazurskich

Gospodarstwo Agrotur Kietlice, dom i jezioro Mamry Gospodarstwo Agrotur Kietlice, widok z tarasu na Mamry








Gospodarstwo Agrotur Kietlice pomost i jezioro Mamry Unikalnie położone - na samym brzegu jeziora Mamry - Gospodarstwo Agroturystyczne w Kietlicach
Czynne cały rok. Tel (87) 427 10 50.  Wysoki standard, 4 pokoje (w tym 1 apartament) pomieszczą do 9 osób, salon i kominek, zadaszony taras z widokiem na jezioro. Wyśmienite dania kuchni polskiej a także włoskiej. Wędkowanie z łódki, pomost i bezpieczne pływanie (łagodnie opadające dno); możliwe pływanie jachtem.














Gospodarstwo Agroturystyczne Gasior Gsopodarstwo Agrotur Gasior widok ogolny











Gospodarstwo Agrotur Gasior, apartament  Tuż nad jeziorem Bełdany położone jest  Gospodarstwo Agroturystyczne Gąsior, które - na monitorze - można obejrzeć i wybrać miejsce dla siebie.  Czynne cały rok.   Tel. (87) 423 61 00. Wygodne pokoje  z indywidualnymi łazienkami 6 i segmenty (piętrowe apartamenty) 2, przyjmą do 20 osób; stylowy, obszerny pokój stołowy, kominki. Świetna kuchnia, jazda konna - bryczką - saniami, pomost dla łodzi umożliwia wędkarstwo oraz cumowanie jachtów; obok kort tenisowy.












Karwik 89 w pobliżu śluzy. Segment: pokój wypoczynkowy-jadalnia-kuchnia (w pełni wyposażona) i łazienka, to na parterze; sypialnia na piętrze. Wygodnie pomieści 5 osób, stale ogrzewany - do wynajęcia o każdej porze roku. Duży ogród, gril, do korzystania warzywnik. Idealny także dla wędkarzy i myśliwych. Bardzo przystępne ceny.   Tel kom. 501 848 514.


Karwik 15. Piętro - 3 pokoje i łazienka do wynajęcia (4 do 6 osób) - Gospodarstwo Jana i Czesławy Sobieskich. Czynne cały rok. Bardzo przystępne ceny. Tel (87) 425 10 38.  Smaczne i zdrowe dania z upraw we własnym gospodarstwie rolnym.


Karwik 47. Przybudówka - typu kawalerka, spanie dla 2 - 3 osób, natrysk, kuchenka - przy domu Ryszarda Tarkowskiego, artysty malarza. Tuż nad jeziorem. Cena przystępna. Tel (87) 425 26 71. Do wynajęcia łódka z miejscem przy pobliskim pomoście.


Karwik 7, Apartamenty i Pensjonat. Mieczysław Gwiazdecki, tel./fax +48 - 87 - 425 10 42, tel. kom. 0-603 457 337
e-mail: hueber@it.com.pl


Godne polecenia niezwykłe gospody i smaczne dania, unikalna atmosfera


Absolwenci Liceum Batorego w Gospodzie u Mirka w Glodowie Gościniec w wiosce Głodowo, w pobliżu jeziora Śniardwy, Barbary i Mirosława Gworek. Dojazd przez Niedźwiedzi Róg lub Wejsuny. Czynny przez cały rok. Regionalna kuchnia, wielokrotnie nagradzane dania rybne i inne, 3 pokoje gościnne i od niedawna 2 apartamenty.
Tel. (87) 423-18-02 lub 0503 089 748













W Oberzy Pod Psem w Kadzidlowie Oberza pod Psem w Kadzidlowie













Stara mazurska chata - muzeum w Kadzidlowie Kadzidłowo, przy trasie Ukta - Mikołajki, obok Parku Dzikich Zwierząt, jest niezwykła "Oberża pod Psem", Danuty i Krzysztofa Worobców (87) 425 74 74  lub  0 601 094 641. Czynne cały rok. Pokoje, domek do wynajęcia. Świetne przekąski i tradycyjne dania. Ujmujące prostotą i gustem wnętrze. Artystyczne fotografie Krzysztofa i ciekawe lokalne wydawnictwa. Obok zrekonstruowany i wyposażony  przez gospodarzy, unikalny skansen mazurski.








początek





Atrakcyjne tereny budowlane, działki i domy nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi

Sygnalizujemy tu wybrane, atrakcyjne tereny rolne i budowlane, duże działki i siedliska - domy nad Wielkimi Jeziorami. które my uznaliśmy za warte wyróżnienia.

Karwik. Duże działki nad jeziorem Seksty - Śniardwy. To kompleks pięknie ukształtowanych pól, lasków i łąk - leżący we wschodniej części Puszczy Piskiej, w sercu autentycznej mazurskiej przyrody. Graniczy z przestronnymi łąkami, lasem, malowniczym strumieniem (Struga Snopkowska), brzegiem jeziora i obrzeżem wioski. Otoczenie terenu to Park Krajobrazowy, który zapewnia trwałe zespolenie z życiem sąsiadującej przyrody. Są tu wydzielone dwie duże działki budowlane, utworzenie kolejnych o powierzchni powyżej 3.000 m2 (rygorystyczny wymóg przy zakupie), jest przygotowywane. To idealny punkt na siedlisko - prestiżową rezydencję, malowniczo wyeksponowaną na wzniesieniu łączącym sam skraj pięknej wioski mazurskiej i Puszczę Piską. To także świetne miejsce na kompleks pensjonatowo - rekreacyjny.

Karwik. Działka budowlana 3.700 m2, pod budownictwo zagrodowe lub jednorodzinne.   Tuż obok w/w kompleksu działek.

Karwik. Teren rolny 0,93 ha (9.300 m2). To miejsce pod dom jednorodzinny lub rekreacyjny (ew. budownictwo zagrodowe). Ładne, wzniesione w pobliżu, domki oferują znane korzyści bezpiecznego sąsiedztwa. Teren rolny leży blisko południowego, widokowego skraju wioski Karwik, stanowiąc naturalne otwarcie wielokierunkowych możliwości agroturystycznego zagospodarowania, odpowiadającego mazurskim wyzwaniom i perspektywom.

Kontakt i oglądanie: (87) 423 34 72, kom. 601 531 160, oraz  e-mail

początek





Łodzie i sprzęt

Docierają do nas, zwykle od znajomych, sygnały o chęci sprzedaży łodzi żaglowych-motorowych-wędkarskich, elementów ich wyposażenia, a także różnego rodzaju sprzętu, który może się przydać nowym mazurskim osadnikom. Niejednokrotnie są to niezłe okazje.

Bardzo ciekawe, nowo skonstruowane łodzie motorowe dla wędkarzy i kilku innych grup użytkowników (wiele możliwości przystosowania), zademonstrował nam ostatnio ich budowniczy i producent, Bogdan Roszkowski. Szeroka, wyjątkowo stabilna, niezatapialna, świetnie mknie po falach. Do silników od 5 do ... (my mknęliśmy po Śniardwach z silnikiem 60 KM).

początek


Kultura, interesujące miejsca - wydarzenia

W otoczeniu Karwika i niewielkim od niego oddaleniu rozgrywają się interesujące wydarzenia kulturalne. Osładzają one gorycz rozstania się z imponującą dynamiką podobnych wydarzeń w Warszawie i innych wielkich miastach. Ich organizatorami są: Miejsko - Gminna Biblioteka Publiczna w Piszu i Piski Dom Kultury, Muzeum Ziemi Piskiej Miasto powiatowe Pisz, Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu  "Leśniczówka "Pranie", centra informacji turystycznej w Orzyszu i Mrągowie i inne organizacje.

To naturalnie zjawiska dynamiczne i w każdym roku bywają modyfikowane i wzbogacane. Są one, dostosowane do tutejszych ograniczeń i obejmują, małe spektakle teatralne, cykliczne spotkania, na przykład z cyklu "Goście Wojciecha Kassa", spotkania autorskie i festiwale poezji, na przykład "Poeci Przełomu Wieków", odczyty, konkursy recytatorskie i muzyczne, koncerty, spotkania i prezentacje dorobku organizowane przez Warmińsko - Mazurski Związek Polskich Fotografów Przyrody i inne. Ponieważ mają tu raczej charakter odświętny, stają się jednocześnie okazją do spotkań towarzyskich z oddalonymi o dziesiątki kilometrów sąsiadami. Uczestniczy się w nich chętniej i chyba częściej niż TAM skąd przybyliśmy a gdzie ich nadmiar bywa trudny do ogarnięcia, prowadząc do swoistego "kanibalizmu" konkurujących ze sobą wydarzeń.

W sąsiedztwie kuszą nas - nowych tu wielkomiejskich osadników - takie miejsca rekreacji jak, sale gimnastyczne, siłownie i baseny kryte - w Piszu, nowoczesne aqua parki - w Hotelu Gołębiewski w Mikołajkach i inny w Ełku, wyciągi narciarskie w Mrągowie i Gołdapi. Z tych okazji korzystamy niestety sporadycznie. Jak zwykle bowiem potrzebny jest i tu impuls jakiegoś, skrzykującego swoją grupkę animatora. Na przykład w każdy czwartek wspólnie wyjeżdżali do aqua - parku nasi przyjaciele z zachodniej części Puszczy Piskiej a na ośnieżone górki z wyciągami narciarskimi dwaj starsi panowie z Karwika.

początek


Bibliografia

Antczak A., Puszcza Białowieska i okolice. D.W. Benkowski sp.z o.o., Białystok 2000.
Bogusz W., Projektowanie archtektoniczne i budownictwo regionalne. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1988.
Brakoniecki K., Lipscher W., Borussia ziemia i ludzie. Antologia literacka. Wspólnota Kulturowa BORUSSIA, Olsztyn 1999.
Gałczyńska K., Nie wrócę tu nigdy czyli pożegnanie z Mazurami. 1998.
Jackiewicz-Garniec M., Garniec M., Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich. Studio Arta, Olsztyn 2001.
Kossert A., Mazury Zapomniane Południe Prus Wschodnich. Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2004 (tłumaczenie).
Kwietowicz W., Wyrobek W., Zdanowicz B., Najlepsze wycieczki na rowerze górskim. Kraina Wielkich Jezior Mazurskich. ADVENTURES AW s.c., Gliwice.
Narwiański Park Narodowy. Kurowo, Informacja turystyczna. Libra s.c.
Orłowicz M. Ilustrowany przewodnik po Mazurach Pruskich i Warmii. "Remix" Olsztyn 1991.
Ostendorf P.H., Radwandern in Masuren. Reise Handbuch.
Rąkowski G., Mazury Garbate. Wydawnictwo PTTK "Kraj" 1989.
Rąkowski G., Suwalski Park Krajobrazowy. Wydawnictwo PTTK "Kraj" 1989.
Szlakami Mazur Garbatych. Przewodnik po ziemi gołdapskiej. FRRG Gołdap 2000
Toeppen M., Historia Mazur. Przyczynek do dziejów krainy i kultury pruskiej. Wspólnota Kulturowa BORUSSIA, Olsztyn 1998.
Wańkowicz M., Na tropach smętka. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988.
Wiatr A., Wróblewski W., Biebrzański Park Narodowy. Multico O.W. Warszawa 2002.
Wiechert E., Proste życie. Wspólnota Kulturowa BORUSSIA, Olsztyn 2001.
Wieczorkiewicz W., Moja chata. Wydawnictwo Arkady, Warszawa 1995.

początek



Summary in English

This web page tells about life in Karwik, a little village on the shore of  Lake Seksty - Sniardwy, one of several Great Mazurian Lakes, deep in the forest of Puszcza Piska (the largest forest in Poland).
The main focus is on the "refugees" who have come to live here permanently (usually in retirement) from Warsaw and other large cities in Poland and abroard. These people have, in general, been visiting this village for holidays and weekends for many years, and have finally decided to make it their home.
To help other potential settlers to find suitable real estate, boats and other useful things, several links are provided at the beginning of the web page, including a summary of the authors CV and a direct email link to him.

CONTENTS

top